agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
poniedziałek, 19 stycznia 2009
wyspy


Wyspy miast: Stadion X-lecia w Warszawie i Stocznia Gdańska
O heterotopii, niezwykłości i historycznym uwikłaniu obu miejsc rozmawiają Grzegorz Klaman i Joanna Warsza

rozmowa ilustrowana dokumentacją projektów

Francuski filozof Pascal Nicolas-le-Strat nazywa „szczelinami i parterami miast” wolne parcele lub zaniedbane obszary miejskie, w których można znaleźć niezwykłe przedmioty: stare rowery, wyrzucone meble, wyblakłe reklamy i gdzie można jeszcze doświadczyć „wspólnej przestrzeni przejść i przecięć”. Nicolas-le-Strat uważa, że stają się one „miejscami oporu” wobec sztywnych sposobów tworzenia tkanki miasta, niezwykłymi miejskimi „wyspami”.

Miejskie dzikie wyspy: Stocznia Gdańska i Stadion X-lecia zostaną skonfrontowane ze sobą przez pryzmat projektów artystycznych poruszających społeczne, polityczne i topograficzne wątki, realizowanych w tych bardzo konkretnych lokalizacjach: w Gdańsku od kilkunastu lat przez Anetę Szyłak i Grzegorza Klamana, twórców Instytutu Sztuki Wyspa oraz w Warszawie przez Joannę Warsza w cyklu Finisaż Stadionu X-lecia.

30 stycznia (piątek) 19.00 Instytut Sztuki Wyspa Gdańsk
Koordynacja projektu: Julia Gierczak, kuratorka programu księgarni ISW




niedziela, 19 października 2008
kolekcjonerzy światła


Dziury, wybrzuszenia, ubytki oraz deszcz... to nie jest miasto dla ludzi z walizkami na kółkach. Kiedy w kołowy mechanizm walizki wplączą ci się czyjeś długie, siwe włosy, liść, sznurek, albo nie wiadomo co, wtedy się zatrzymasz. O, tak. Może nawet podniesiesz wtedy głowę. Gdyby natomiast zrobiło się ciemno, a ciemno zrobi się z pewnością, poszukaj ratunku w nowym składzie towarów kolonialnych. Tam szukaj bałaganu. Wschodniego rozgardiaszu i tureckiej herbaty. Turecki opiekun nakarmi cię baklawą, a spoglądając w górę, opowie historię o mehtap - księżycu w pełni, który ratuje miasto przed absolutnymi ciemnościami, a przygodnych podróżnych przed niebezpieczeństwami nocy - znanego w okolicy oprawcy. Ty zaś, idąc za jego radą, poszukaj światła.  



LAMPY
(do kliknięcia)

 
  


       LDZIGN >>


poniedziałek, 11 lutego 2008
gorący adres

Yours Gallery
ul. Krakowskie Przedmieście 33
Warszawa

Trwa tam do 16 marca niezwykła wystawa, opisana w ostatnich Wysokich Obcasach GW przez Agnieszkę Jucewicz:


"Pod koniec lat 80. XX wieku w zalanych podczas powodzi magazynach policyjnych w Lidcombe na przedmieściach Sydney dokonano niezwykłego odkrycia. Spod warstw mułu wydobyto kilka ton szklanych negatywów i zdjęć, które powstały w latach 1912-60. Całość przeniesiono do pustego, świeżo odrestaurowanego Muzeum Wymiaru Sprawiedliwości i Policji i powołano zespół do renowacji archiwum. - Szklane negatywy znajdowały się w kartonowych pudełkach, po 10-20 w każdym. Po 50 takich pudełek umieszczono w drewnianych skrzyniach. W sumie było ich z 70 tys. (...)
Najbardziej poruszającą część kolekcji stanowił zbiór wyjątkowych mug shotów zrobionych w latach 1912-30. 3 tys. zdjęć aresztowanych przestępców sfotografowanych w celi na posterunku policji. Galeria prostytutek, złodziei, handlarzy narkotyków, morderców, paserów, akuszerek i politycznych podżegaczy. W policyjnych kartotekach zdjęcia te nazywano 'specjalnymi fotografiami', bo znacznie różniły się od typowych portretów śledczych. Zamiast zbliżenia twarzy - cała sylwetka. Zamiast plakietki z numerem identyfikacyjnym - ręcznie wydrapane na negatywie pierwsza litera imienia, nazwisko i data aresztowania. Zamiast ostrego światła - światło naturalne. Zamiast poszarpanej koszuli - futro, garnitur, elegancki kapelusz. Zamiast obojętnego wyrazu twarzy - cała gama uczuć. W tle widać odrapane ściany celi, czasem rząd toalet, niedopałki na podłodze, porzucone gazety, a nawet cień innej postaci. Policjanta? Detektywa? Innego przestępcy, który czeka na swoją kolej? Nie wiadomo."

(Agnieszka Jucewicz, Zakazane rewiry, WO z 9.02.2008)
więcej >>>>



piątek, 21 grudnia 2007
podniebni nurkowie

Idą święta. Święty czas. Do drzwi coraz częściej pukają zachrypnięte dziatki, dzierżące w dłoniach papierowe szopki, suto oblepione watą. Pielgrzymujący kolędnicy. Sprzedawcy jemioły. W telewizji w porze największej oglądalności pokażą jeżeli nie „Jezusa z Nazaretu”, to chociaż „Jezusa z Montrealu”. Przyznam, że w moim rodzinnym domu wraz ze świątecznym czasem pojawiała się zawsze jedna myśl uciążliwa, żeby nie powiedzieć dylemat, bo święta świętami, ale potem nieuchronnie nadchodził czas próby, czas księżowskiego kolędowania i czy przyjmujemy „kolędę”, kiedy, kto i jak? Nikt nie miał wątpliwości, jaki charakter ma to kolędowanie w wielkomiejskiej parafii, w blokowisku na ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Ale też sami nie byliśmy bez winy. Ojciec zawsze „w pracy” chował się w pokoju obok, mama czasami się załamywała i nie otwieraliśmy przed kolędnikami drzwi, udając, że nie ma nas w domu. Dlaczego? Nacisk hipokryzji na śledzionę, czy inną wątrobę wydawał się nie do zniesienia. I po co te nerwy - istnienie rytualnego teatru należało po prostu przyjąć do wiadomości.

Nasze nieodpowiedzialne zachowanie miało jednak poważne konsekwencje w postaci notatki służbowej w zeszycie kolędującego księdza. Choć notatka służbowa zachowywała wagę największą, a zła opinia mogła się za nami ciągnąć całe lata, powodując liczne trudności, na przykład z pochówkiem ciał, było coś znacznie gorszego, co dotykało mnie bezpośrednio. A mianowicie brak podpisu kolędującego księdza w zeszycie od religii i brak świętego obrazka. Podpis był potem sprawdzany publicznie przez katechetę, a jego brak skrupulatnie odnotowywany. Brak obrazka zaś stanowił poważniejszy problem. Właściwie skazywał na towarzyską banicję, na marginalizację, żeby nie powiedzieć wykluczenie, a z pewnością na upokorzenie. W środowisku dzieci stoczniowców w Polsce lat 80. brak świętego obrazka po kolędzie był czymś więcej niż tylko potwierdzeniem moralnego upadku.

Nie wiem, czemu znowu o tym myślę, o tym dziwnym rozdarciu, o tym fenomenie, który powinien niechybnie znaleźć się w jakimś nostalgicznym PRL-owskim leksykonie między butami Relax, a zdjęciem Franka Kimono. Może dlatego, że mój ojciec nadal „w pracy”, a mama jest dzielna i pełna poświęcenia, myśli przyszłościowo, nie chce, żebyśmy mieli problemy z pochówkiem naszych ciał, jeżeli nie w świętym czasie, to chociaż w poświęconej ziemi. Ale groby mogą mieć różną formę, nie tylko kopczyka, granitowej płyty z nieruchomym, zamyślonym aniołem u wezgłowia.

Rosjanin Leonid Tiszkow zbudował grób swojej zmarłej matce w warszawskim Zamku Ujazdowskim. Wybrałam się tam w mroźne przedpołudnie. Jego wystawę „Spójrz ku domowi”, na którą składają się rzeźby z tkaniny, instalacje i wideo, oglądałam w samotności, jakbym znalazła się właśnie w mroźne przedpołudnie na małym cmentarzyku gdzieś na Uralu. Na ekranie telewizora Leonid otwiera matczyną szafę „na wysoki połysk”. Wyciąga z niej jedno po drugim matczyne ciuszki, kolorowe sukienki, bieliznę, rajstopy i tnie, tnie, tnie zapamiętale, przerabia uświęcone odejściem właścicielki ubrania na długie paski, które zwija w kłębki jak wełnę, jak sznurek. Ubrania zmarłego to taka dziwna materia. Druga skóra z braku ciała, złożonego w grobie, staje się tą pierwszą, jedyną pozostałością, właściwym kształtem, przechowującym też zapach. Coś jakby relikwia. W pierwszej z trzech sal ekspozycyjnych, w której rozwieszono tkaninowe rzeźby, roznosi się delikatny zapach, resztka zapachu tanich kobiecych perfum.

W drugiej sali znaleźli się podniebni nurkowie. Od sufitu po podłogę wiszą poprzyczepiani do ścian, inaczej mogliby unieść się za wysoko i nie wrócić. Delikatnie kręcą ogonkami, ich ogonki powiewają na wietrze. To nie wiatr, to powiew z klimatyzatora. Małe twarze w turbanach z pociętych pasków matczynej skóry patrzą ci prosto w oczy. Kim są ci ludzie, co tutaj robią? Homunkulusy pozbawione rąk i nóg. Są jak wspomnienia, ciepłe albo chłodne myśli o tym, w którego twarz się wpatrujesz. Mogliby szeptać, choć zachowują milczenie. Jedynym głosem, jaki mogliby z siebie wydać jest szept.

Z jasno oświetlonego wnętrza trafia się dalej do ciemnego pokoju i kiedy wzrok, przyzwyczajając się powoli do szarości, rozpozna kształt, może podskoczysz z przerażenia. Mnie to spotkało. Zaśmiałam się w duchu nerwowym śmiechem, dotknęłam czoła, zostałam przy drzwiach, nie chcąc zakłócać spokoju postaci leżącej pod ścianą w łóżku. Postać była nienaturalnie długa, leżała pod kołdrą, to był anioł. Jego skrzydła leżały w nogach na pościeli. Anioł spał. Przez okno jego sypialni, zza firanki można było zobaczyć, co tak anioła zmęczyło. Za oknem anioł wyświetlał swój film albo sen. Chodził po kolana w śniegu, wspinał się po górach, podśpiewywał i skakał. Miał na sobie skrzydła, kufajkę, czapkę uszatkę, gumiaki. To był anioł z Uralu.


więcej o wystawie Tiszkowa >>>>



wtorek, 24 października 2006
dom z kurzu i mgły

Duchamp i Man Ray spotykali się niemal codziennie. Bystry dowcip i surowe maniery Man Raya – zwykł był mówić jednym kącikiem ust – sprawiały, że jego podziw dla Duchampa nigdy nie stawał się dokuczliwy. Odkryty ostatnimi czasy talent w dziedzinie fotografii, którą zajął się jako sposobem na wspomożenie malarstwa, również okazał się przydatny. (...) jego pierwsze prawdziwe zadanie związane było z Wielką szybą. Przyszedł pewnego dnia ze swoim wielkim aparatem fotograficznym i korzystając wyłącznie ze światła jednej wiszącej żarówki, zrobił zdjęcie dolnego panneau szyby, leżącego płasko na kozłach i pokrywającego się kurzem. Rezultat przypomina krajobraz księżycowy, pokryty wzgórzami, dolinami i tajemniczymi, płasko rzeźbionymi znakami. Uważana za wspólne dzieło Mana Raya i Duchampa, praca otrzymała (wymyślony przez Duchampa) tytuł – Elevage de Poussière (Hodowla kurzu). Wkrótce po zrobieniu tego zdjęcia Duchamp “przymocował” kurz fiksatywą wzdłuż stożków, oczyścił pozostałą powierzchnię i zaniósł taflę szklaną do wytwórni luster na Long Island, gdzie jej dolna prawa część, zawierająca Świadków Okulistycznych, została pokryta srebrem”.

(Calvin Tomkins, Duchamp. Biografia, Poznań 2001)


(Man Ray i Marcel Duchamp, Hodowla kurzu, 1920)

Praca Elevage de Poussière stała się inspiracją projektu francuskiego architekta François'a Roche'a

który w Bangkoku - mieście najbardziej zakurzonym, zamglonym i gorącym na świecie - chce postawić prawdziwy dom z kurzu i mgły

Budynek o przezroczystych ścianach, otoczony polem elektrostatycznym, przyciągającym drobinki kurzu. Budynek, aktywnie reagujący na zewnętrzne środowisko, zmieniający się na oczach przechodniów i użytkowników.


To mi się podoba, od lat walczę z kurzem. Jak się okazuje - niepotrzebnie.



sobota, 25 marca 2006
wiosenne oczyszczanie

1.
Wciąż jeszcze zimą - zbrudzoną po miejsku, rozmiękłą, zawiesistą i przesoloną jak zupa z bilbordów – skoro świt wsiadamy do piętrowego pociągu, który ma nas wyrwać temu miastu jak zdrowy, choć niechciany, nie komponujący się z resztą ząb i umykamy nim, choć jest to ucieczka krótka, a jednak rozciągnięta w czasie, niespieszna. Umykamy ku ośnieżonym polom, lasom, pagórkom, meandrom, menadom, w mrozie, w słońcu, którego przedpołudniowe, krótkie promienie odbijają się złotem w sączonych przez nas, rozweselających napojach. Potem w niewielkim, sennym miasteczku powiatowym, którego uliczki odzywają się echem, podwajając nasz rozsypany tu i tam śmiech, dokonujemy niezbędnych pomiarów, gromadzimy dokumentację fotograficzną, odwiedzamy różowe wnętrze pizzerii Mamma Rosa i wracamy popołudniowym pociągiem do domu. Pociąg za każdym razem jest raczej pustawy, w kameralnej, posezonowej atmosferze oprócz nas jedzie nim może kilku miejscowych, grających w karty na stoliku z walizki, czasem zajrzy jakaś zagubiona wycieczka z nartami, albo łyżwami przyczepionymi do plecaków. Nostalgia mijanych, malowniczych widoczków miesza się nam w głowach z radością z tak nagle odzyskanej swobody. Towarzyszy jej stukot turlających się po podłodze butelek, a w powietrzu unosi się zapach kanapek z kiełbasą.

2.
W innej wersji wiosenne oczyszczanie zaczynamy od Berlina. Bo po Berlinie do końca maja grasują myszy. Cattelan nie zabija już wiewiórek, ani papieży nie przyciska meteorytem, a wspólnie z Subotnick i Gionim rozwija kuratorski wdzięk jak czerwony dywan, po którym suną coraz to bardziej obiecujące postaci ze świata kultury i sztuki. Właśnie otwarto tam wystawę “Myszy i ludzie”, która – jak donosi prasa – dotyczyć ma “narodzin i straty, śmierci i przegranej, żalu i nostalgii”. Wystawa umościła się w o wiele ciekawszym dla artystów, noszącym na sobie liczne ślady wielowarstwowych, tajemniczych nieobecności Berlinie Wschodnim. Można ją oglądać w kilku miejscach: w dawnej fabryce margaryny, w specjalnie do tego celu przeznaczonych mieszkaniach prywatnych, w dawnych stajniach pocztowych, w jednym z kościołów oraz na jednym z cmentarzy. Żeby dopełnić czarę berlińskiego spleenu za lekturę mielibyśmy "The Anatomy of Melancholy" - najpiękniejszy tytuł świata - jak twierdzi Cioran, księgę napisaną przez uczonego mnicha Roberta Burtona w XVIIw. Jest ponoć najgrubszą pozycją na ten temat. Czyli w sam raz na wakacje.


Cattelan, Subotnick, Gioni

3.
Albo... po wielu wahaniach, nie opuszczając ojczystych granic, wybierzemy nostalgię z im
portu. Bowiem kilka polskich miast odwiedzi niebawem wystawa XIX i XX wiecznych fotograficznych portretów z brytyjskich zbiorów muzealnych. Udamy się tam po to, by zajrzeć w oczy tym, którzy odeszli, poddać się nastrojom na wieki pogrzebanych chwil. A wszystko za pośrednictwem dzieł tak znamienitych fotografików jak: Nadar, Talbot, Steichen, De Meyer, Beaton, lord Snowdon, Evans, Weston, czy Karsh. Na czoło peletonu wysuwa się jednak gwiazda rozbłyskująca – rzeklibyśmy - jasno i do tego rezolutnie: Julia Margaret Cameron.


J.F.W. Herschel, foto: J.M. Cameron, 1867

Cameron urodziła się w Kalkucie, w 1815r., dzieciństwo spędziła w Europie, w Wersalu, gdzie mieszkała jej babka. Po ukończeniu edukacji dziewczęco-domowej wróciła do Indii, by wyjść za mąż za starszego od siebie o 20 lat Charlesa Camerona – prawnika. Urodziła sześcioro dzieci, jedno zmarło, wychowała jedenaścioro – dodatkowo piątkę osieroconych krewnych i przygarniętą córkę żebraka. Zdjęcia zaczęła robić w wieku 48 lat i to właściwie przez przypadek, dostała aparat fotograficzny w prezencie od córki i jej męża, z początku widziała w nim jedynie pomoc w edukacji synów. Mieszkała w wielu egzotycznych miejscach (w Indiach, na Cejlonie, w Afryce Południowej), ale jako kobieta epoki wiktoriańskiej była od nich właściwie odcięta. Być może dlatego zajęła się studyjnymi portretami, co dawało jej możliwość tworzenia w zaciszu domowych pieleszy. Mimo to jej zainteresowania nie były typowe. Po jakimś czasie ta amatorska twórczość zaczęła przynosić dochody, co miało niebagatelne znaczenie, szczególnie po upadku rodzinnej plantacji kawy na Cejlonie. Używała obiektywu z krótką ogniskową, stąd ten charakterystyczny efekt braku ostrości, miękkości, rozmycia, przy jednoczesnej długiej ekspozycji najmniejsze poruszenie modela zamazywało obraz. Jako początkująca fotografka Cameron robiła po prostu złe, nieudane zdjęcia. Nie miała wprawy. Nie inspirowała się twórczością żadnego z wielkich w owym czasie fotografów. W końcu błąd, niedoskonałość uznała za podstawowy wyznacznik swojego stylu.



wtorek, 14 marca 2006
poezja naścienna


autor poezji: Miron Białoszewski, autor pracy: Stefan Figlarowicz, CSW Łaźnia


niedziela, 13 listopada 2005
jedziemy do Krakowa

(z materiałów promocyjnych >co to jest architektura?<)


>> Didier Fiuza Faustino
Corpus Delicti
piątek, 2.12. 2005, godz. 18.00

Miejsce:
Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha"
ul. M. Konopnickiej 26; Kraków
tel.: (+48-12) 267 27 03, 267 37 53

Wykład zrealizowany dzięki uprzejmości Ambasady Francuskiej w Warszawie.
Szczególne podziękowania dla Pani Catherine Blondeau.



"Moja twórczość skoncentrowana jest na pojęciach dwuznaczności, delikatności i wątpliwości. Nie jest moim celem realizacja architektury niepodzielnej i dominującej; przeciwnie - interesuje mnie architektura niepewna i wątpiąca, otwarta na interakcje z tymi, którzy jej używają" - Didier Fiuza Faustino
  

Didier Fiuza Faustino urodził się we Francji w rodzinie portugalskiej. Ukończył paryską szkołę architektury Villemin. Pracuje w Lizbonie i w Paryżu, gdzie rozwija działalność na pograniczu architektury, sztuk wizualnych i edytorstwa. W 2001, wraz z Pascalem Mazoyerem założył Bureau des Mesarchitectures, które wkrótce zostało nagrodzone w konkursie "Albuns de la jeune Architecture" oraz zyskało międzynarodowy rozgłos dzięki realizacji "Auditorio Movel para Expo 02" w Szwajcarii. Faustino jest też laureatem nagrody "Arte Publica Tabaqueira / MC 2001 za "Stair Way to Heaven - Espaco Publico para Uso Individual". Inne ważne realizacje Faustino to "Love Me Tender","Body in Transit" oraz projekt domu dla francuskiego artysty Fabrice Hybert'a.

"Love Me Tender" - instalacja zaprezentowana na festiwalu Archilab 2001 w Orleanie oraz w galerii Artists Space w Nowym Jorku, porusza temat erotyzacji przestrzeni. W dobie zaawansowanej digitalizacji, Faustino kieruje swoją uwagę w stronę ciała i jego fizyczności w kontekście tematyki związanej ze środowiskiem domowym i mieszkalnym. Ta instalacja to propozycja architektury opartej na polityce przestrzeni, cielesności, pożądania i dysfunkcji. Inny projekt Faustino, "Salaryman's Dream", przygotowany dla CCA Kitakyushu w Japonii, to przykład terytorialnego pasożyta, zbudowanego z banalnych i standardowych elementów współczesnych konstrukcji, który kontroluje nasze postrzeganie czasoprzestrzeni.

Podstawą architektury według Faustino jest doświadczenie ciała, jego fizycznych, politycznych i topomorficznych ograniczeń. Jego koncepcja architektury kwestionuje percepcję opartą na wizualnej i fizycznej niestabilności, która postrzega architekturę jako aktywną membranę pomiędzy naszym ciałem i jej inskrypcją w czasoprzestrzeni. Architektura jest narzędziem, które pozwala na intensyfikację zmysłów oraz wyostrza doświadczenie rzeczywistości.


środa, 12 października 2005
inside/outside

Wciąż zastanawiam się nad statusem blogowej przestrzeni. Bo gdyby przyłożyć do niej Lévinasowską miarę, okazałaby się hybrydą, mimo pozorów zewnętrzności - przestrzenią mieszaną, nieokreśloną, niejasną, nieprzewidywalną. Emmanuel Lévinas, litewsko – z pochodzenia – francuski – z zamieszkania filozof dialogu, życie człowieka widział rozpięte pomiędzy dwoma biegunami: między przestrzenią wewnętrzności, a więc wolności, miejscem samotności, czy raczej >samości<, w którym wszystko nam wolno, a przestrzenią zewnętrzności, a więc etyki, miejscem, w którym pojawia się Drugi, inny człowiek. Stanąć twarzą w twarz z Drugim, to być gotowym na spotkanie z zachowaniem jednej z fundamentalnych zasad etycznych, która mówi >nie możesz mi tego zrobić<. Nie możesz zrobić niczego przeciwko mnie. Przestrzeń wirtualna, która zdaje się w wielu wypadkach przybierać status przedłużenia realnej przestrzeni publicznej ze wszystkimi tego kreacyjnymi konsekwencjami, ukrywa za zasłoną twarz Drugiego, pozwala o nim zapomnieć. Drugi jest fantasmagorią o tyle realną, o ile posiada głos. Drugi jest głosem, który każe domyślać się swojego brzmienia, który mówi, nie patrząc nam w oczy. Czy wobec tego w ogóle jest? A skoro realnie go nie ma, albo inaczej: prawie go nie ma, to jak owo >prawie< wpływa na tę przestrzeń >prawie< wewnętrzności, w której jednak wciąż czujemy na plecach inny oddech?

Myślałam o tym, oglądając w Łodzi fotografie Marji Pirilä z cyklu CAMERA OBSCURA interior/exterior. Autorka fotografuje ludzi w pokojach, w których mieszkają, ale robi to w specyficzny sposób – pokój zamienia w camerę obscurę, wpuszczając do wnętrza obrócony do góry nogami, zewnętrzny widok z okna. Tworzy tym samym przestrzeń mieszaną. Te fotografie przede wszystkim zachwycają - naturalną urodą, miękkością, delikatnością, czy ledwie zarysowaną melancholią. Zwykle elementy zewnętrzne – widoki i wewnętrzne – postaci i wystroje są do siebie dopasowane kolorami, wzorem, charakterem. Sprawiają wrażenie spójnych, swobodnie harmonijnych. Bohaterowie większości zdjęć są pogrążeni we śnie, zamyśleni, nieobecni, to głównie kobiety i dzieci, na jednej z fotografii przy stole, pełniącym rolę wielkanocnego ołtarzyka, siedzi stary mężczyzna, chłodny błękit ścian i nakrytego białym obrusem stołu przechodzi w ciepły odcień kamiennych domów z zaokrąglonymi dachówkami, nakładającymi się na jego twarz. Jest coś hipnotyzującego w tych obrazach. Czy to za sprawą bladych odbić, spływających ze ścian i sufitów, czy za sprawą skupionych na jakimś niewidocznym celu, zastygłych w bezruchu spojrzeń ludzi, gdy dłużej się im przyglądamy, w fotografie Marji Pirilä wkrada się niepokój. Tę przestrzeń coś nawiedza. To jest jak przeczucie substancji, która sącząc się do środka kropla za kroplą, kieruje ludzkimi zachowaniami, która je kontroluje, swobodę codziennego życia zamieniając w kreację wizerunku. Nagle przestrzeń wewnętrzna otwiera się na ogląd – nie tylko fotografa, nie tylko widza fotografii. Zewnętrzność nadaje kształt wewnętrzności. Widok z okna na modernistyczny budynek sprawia, że bohaterka zdjęcia w chłodnym nowoczesnym wnętrzu dopasowuje się do niego swoim wyglądem, swoim spojrzeniem, być może swoimi myślami. Jest tym – jak pisał kiedyś Zagajewski - na co patrzy. Czy to my kształtujemy nasze domy, czy one kształtują nas? mogłaby zapytać Marji Pirilä. A widok z okna, a świat, który w jego ramie dzień po dniu staje nam przed oczami? Ciekawe, że na żadnym zdjęciu w odbitym na ścianach krajobrazie nie widać człowieka.


Zmienić adres to zmienić swój los - pisze Aleksander Jurewicz w książce Popiół i wiatr.

cdn.

wtorek, 30 sierpnia 2005
czekając na jesień, oglądamy Amelię

DALSZE LOSY NINO

To było jedno z tych sennych, zapomnianych przez Boga i ludzi, nadmorskich miasteczek, w których życie zamiera wraz z końcem sezonu. To był po prostu deszcz, który zaznaczył się setką drobnych kropelek na bordowej opończy Teresy Raquin, kiedy ta wysiadła z pociągu na małej stacyjce, rozglądając się niepewnie w poszukiwaniu wskazówek. Wskazówki dworcowego zegara były ułamane. Czas się tu zatrzymał i to stwierdzenie nie miało w sobie nic z metafory. Po chwili dostrzegła człowieka, drzemiącego chwiejnie na ławce. Jego kolejarska czapka z daszkiem mogła dostarczyć Teresie Raquin pewnych informacji. >Zoppotto alateo<, przeczytała wytarty napis na czapce, od momentu połączenia wszystkie kraje Unii obowiązywał nakaz używania w oficjalnym nazewnictwie języka esperanto. Dziewczyna wyjęła z kieszeni płaszcza miniaturowy dyktafon i naciskając jeden z wypukłych, gumowych guziczków, wyszeptała: jestem tu. Teresa Raquin lubiła dotykać gumowych guziczków swojego dyktafonu serdecznym palcem prawej ręki i szeptem zaznaczać swoją obecność w nowym miejscu. Nie zostało jej wiele czasu. O czwartej sekretarz pana N.Qu. miał na nią czekać w hallu słynnego niegdyś Grand Hotelu. Ruszyła więc przed siebie z nadzieją, że w mieście, w którym znalazła się na wyraźne polecenie redaktora, prowadzącego środowy kącik z gwiazdą, dworzec położony jest w centrum, tuż obok komisariatu policji, ratusza, kościoła i gościnnego, graniczącego z plażą Hotelu Grand. Intuicja, raczkującej dopiero w branży, młodej dziennikarki tym razem jej nie zawiodła. Czerwony dach hotelu zobaczyła z daleka. Omijając kałuże, żeby nie zabrudzić swoich roboczych pantofli z wężowej skórki (redaktor, prowadzący środowy kącik z gwiazdą, uważał, że buty to w pracy dziennikarza połowa sukcesu), dotarła do celu.

Zgodnie z umową sekretarz pana N.Qu. czekał na Teresę Raquin w hallu słynnego niegdyś Grand Hotelu. Usiedli na chwilę w hotelowej restauracji, skąd rozciągał się widok na wychodzące w morze, puste molo. Poważny, młody człowiek oficjalnym tonem poinstruował dziennikarkę, jak ma się zachowywać w towarzystwie, udzielającego nielicznych wywiadów, artysty. Sekretarz pana N.Qu. nie omieszkał przy tym delikatnie dotknąć swoim kolanem kolana Teresy Raquin, ponieważ bardzo lubił dźwięk, jaki wydaje nylon kobiecych pończoch, pocierany flanelą. I nie muszę pani chyba przypominać, rzekł, unosząc brwi, jakby te miały mu zaraz z twarzy odlecieć, że nie należy mistrzowi zadawać pytań o charakterze osobistym. To zabronione, w innym wypadku może pani stracić cały wywiad. Teresa Raquin kiwnęła obiecująco głową i udała się na najwyższe piętro budynku, do apartamentu, w którym kiedyś zatrzymywał się nawet sam Adolf, a który teraz, od kilkunastu sezonów należał wyłącznie do pana N.Qu.

Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Powoli nacisnęła klamkę. Po przestąpieniu progu apartamentu od razu poczuła drażniącą nozdrza mieszaninę zapachów: kurzu, perfumowanego papieru, kurczaka z rożna, tytoniu i jednorazowych, nasączonych kremem chusteczek dla niemowlaków. Pan N.Qu., zamiast majestatycznie spoczywać w fotelu, pykając fajeczkę, mył właśnie zęby na środku pokoju, a podłogę wokół niego znaczyły kupki różowej piany. Muussmano, wykasłał na widok dziewczyny, prychając pianą, co miało znaczyć po prostu - mów mi Nino. Onieśmielona takim wstępem, Teresa Raquin szepnęła tylko do koniuszków swoich roboczych pantofli z wężowej skórki, dzień dobry, Nino i wpadła w fotel, ten sam, w którym spodziewała się ujrzeć, majestatycznie pykającego fajeczkę, pana N.Qu. Nie przejmuj się, smyku, tym smutnym człowiekiem z dołu, pocieszył ją Nino. Teraz na pewno sączy porto, marząc o jakiejś kobiecie w nylonach. No cóż, o taką tutaj trudno, jesień, złotko, idzie jesień, w radiu zapowiadali sztorm, a morze płaskie jak moja landrynka. Teresa Raquin, zwykle roztargniona, słuchając narzekań pana N.Qu. na jesienne szarugi, uświadomiła sobie nagle, że nie wzięła ze sobą notesu. Uświadomiła sobie także konsekwencje podobnego braku profesjonalizmu. Przed oczami miała już minę redaktora prowadzącego środowy kącik z gwiazdą i jego rękę uniesioną, wskazującą na lawendę, kwitnącą w doniczce na biurku, co nigdy dobrze nie wróżyło. Dlatego po plecach Teresy Raquin przeszedł dreszcz. Spojrzała dokoła, może dyskretnie skorzysta z papierów, należących do jej rozmówcy. Wystarczyłby skrawek, zwitek, wystarczyłby papieros. Ojciec Teresy Raquin, przebywający nader często w zakładach penitencjarnych, nauczył ją przecież trudnej sztuki preparowania grypsów. Kiedy Nino, gubiąc po drodze brudne skarpetki, które najpierw starał się wepchnąć do kieszeni szlafroka, zniknął w łazience, dziewczyna zaczęła przeczesywać wzrokiem ciemne o tej porze wnętrze pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziła, że wszystkie jego ściany pokryte są regałami pełnymi szuflad. Otworzyła pierwszą z brzegu. W środku tej i następnej, i jeszcze następnej, i wielu innych znajdowały się widokówki z różnych stron świata, wypełnione zawsze tym samym, drobnym pismem, za każdym razem podpisane - „A”. To dziwne, pomyślała, z początku podejrzewając pana N. Qu. o manię kolekcjonerską. Niestety, mimo, że Teresa Raquin była szczerze zaintrygowana swoim odkryciem, nadal nie znajdowała się w posiadaniu kawałka papieru, zastępującego notes. Widokówki wypełnione były pismem niemal w każdym calu, nie mogłaby ich wykorzystać. W kieszeni płaszcza wymacała swój miniaturowy dyktafon. Nie ma innego wyjścia, musi się nim posłużyć, chociaż przyrzekła sekretarzowi pana N.Qu. pod żadnym pozorem nie włączać w obecności mistrza urządzeń nowej generacji. Niech pani uważa, ostrzegam, brwi sekretarza pana N.Qu. znalazły się nagle tuż przy linii jego przyciętej na jeża grzywki, może pani wszystko stracić. To naprawdę zabrzmiało jak groźba. Na pytanie - dlaczego? - dziennikarka nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Życie pana N.Qu. od dawna owiane było tajemnicą, niczym zapachem perfum nieznanego pochodzenia. Właściwie nikt nie wiedział, czym się zajmował Nino, zanim został wielkim, popularnym w środowisku paryskich kolekcjonerów malarzem na wazonach. Jedno było pewne - jego wazony od lat osiągały niebotyczne wprost ceny na rynku dzieł sztuki. Zarówno przez paryską bohemę, jak i przez szlachetne grono światowych koneserów Nino został uznany za największego malarza na wazonach od czasów Charbonniera młodszego.

Po chwili szamotaniny, dochodzącej z głębi apartamentu, pan N.Qu. z cygarem w zębach wszedł do pokoju, w którym zdezorientowana Teresa Raquin obmyślała swój niecny plan. Usiadł naprzeciwko i utonął zaraz w chmurze dymu. Będąc mężczyzną bez mała po siedemdziesiątce, trzymał się nieźle i patrzył wciąż z przyjemnością na coraz młodsze, kobiece nogi. Dlaczego nie wyjedzie pan z tego miasta? zapytała dziewczyna, chcąc ukryć swoje zakłopotanie uważnym spojrzeniem artysty i swoją rękę, gmerającą przy dyktafonie, schowanym w kieszeni. Przecież tu jest dobrze, odpowiedział łagodnie pan N.Qu. A potem nagle zaniepokojony podniósł się z fotela - dziecko, czy aby wszystko z tobą w porządku? Zrozpaczona Teresa Raquin, nie mogąc dosięgnąć dyktafonu, wiła się i kręciła na swoim miejscu, jakby ją pchły gryzły, wreszcie, nie chcąc już zwlekać, postawiła młode życie i karierę na jedną kartę. Zamaszystym ruchem odgięła poły prochowca i wydobywszy dyktafon z czeluści dziury w podszewce, jaka jej została na pamiątkę ostatniego Sylwestra, podstawiła go pod sam nos pana N.Qu. i zagryzając drżące wargi, nacisnęła guziczek z napisem >rec<.

W jednej chwili twarz Nino zmieniła się nie do poznania. Najpierw ogarnął go smutek, a następnie dzika furia. Biegał po pokoju jak oszalały i wyrzucał zawartość szuflad na podłogę, tak, że w końcu podłoga wyglądała jak Central Park zimą, tylko zamiast śniegu pokrywał ją kolorowy puch pocztowych kartek. Po jakimś czasie zmęczony usiadł na środku pobojowiska i wyznał, że w takich jak ten momentach, kiedy wspomnienia wracają, zwykle traci panowanie nad sobą. Delikatny dźwięk włączanego dyktafonu jak pstryknięcie polaroidu, wibracje, w jakie urządzenie wprawiło drobinki powietrza, przypomniały mu młodość i chwile szczęścia, spędzone z ukochaną. Co się z nią stało? zapytała Teresa Raquin, nie kryjąc wzruszenia, które - gdyby nie elastyczne, antyperspiracyjne szkła kontaktowe - wycisnęłoby z jej oczu niejedną łzę. Wyjechała, wyszeptał Nino. Wyjeżdżała. Wielokrotnie. I wciąż dalej. Została stewardesą. Nie może być! Teresa Raquin współczująco wydęła wargi, ale dlaczego? Sam chciałbym to wiedzieć, Nino przetarł zaczerwienione oczy. Miała w sobie nieodpartą potrzebę bycia nieobecną. Wystarczyło, że pisze do mnie, że opisuje mi to, co widzi, że o mnie myśli i pamięta. To ona przysłała te wszystkie kartki, podpisane przez „A”, „A” czyli Amelia... Dlaczego jej nie zatrzymałeś? chciała zapytać Teresa Raquin, ale ich rozmowa została gwałtownie przerwana, właśnie ktoś zapukał do drzwi. Po chwili pojawił się w nich mężczyzna w kolejarskiej czapce z napisem >Zoppotto alateo<. W miasteczku pełnił również funkcję listonosza. Jak na sygnał oboje rzucili się w jego kierunku. Mężczyzna, leniwie miętosząc w palcach każdą tkwiącą w torbie kopertę, niby to droczył się z nimi, niby specjalnie opóźniał moment, w którym kolejna kartka dostanie się do rąk prawowitego adresata. Z pocztówki ze zdjęciem genewskiego nabrzeża Amelia donosiła:

>Skrzyżowanie Route de Malagnou, Boulevard des Tranchées i Rue Ferdinand - Hodler, którego obrazy właśnie oglądałam, niedaleko muzeum zegarów. Mała, dzielnicowa kafeteria. Co mnie obchodzi w tym mieście? Zegary i czas, i czekolada - czekoladowe sztabki złota, czekoladowe cygara na wystawach. Kilka osób pije kawę, czytając gazety w wolne od pracy południe. Roznosi się zapach cynamonowych ciastek. Można by sfotografować roześmianą kelnereczkę, można by nagrać, jak nuci pod nosem hiszpańską piosenkę. Trzy słowa w kółko. Zapisuję, choć to w ogóle pozbawione jest sensu - za kilka godzin zgubię te notatki razem z mapą, w parku przy murze reformatorów, gapiąc się na faceta, ćwiczącego tai-chi. I nagrać dźwięk, jaki wydaje filiżanka, stawiana na ebonitowym blacie, słyszałam taki dźwięk chyba tylko w jednym, starym filmie.<

Teresa Raquin powoli opuściła stopę i ugrzęzła w mokrym, nadmorskim piachu. Jeszcze raz, naciskając serdecznym palcem prawej dłoni guziczki miniaturowego dyktafonu, odsłuchała nagranie. Pojadę, zapewniał Nino, znajdę ją. Nie będę czekał. Znam ją dobrze, pewnie znowu wyjedzie, ale zanim wyjedzie, musimy się zobaczyć. Teresie Raquin podobał się głos pana N.Qu. Lubiła głosy, z których żaden nie był identyczny. Modulacja głosu jest obrazem duszy, mruczała, wrzucając do wody ze szczytu mola kasetę z nagraniem dla środowego kącika z gwiazdą. Przed oczami miała już minę redaktora prowadzącego i jego rękę uniesioną, wskazującą na lawendę, kwitnącą w doniczce na biurku i zaraz potem przypomniała sobie twarz Nino. Obiecaj mi, poprosiła, że dostanę od ciebie kartkę z miejsca, w którym znajdziesz Amelię, obiecaj. Obiecuję, pan N.Qu. podrapał się zakłopotany po brzuchu, bo bardzo nie lubił pożegnań i moherowych swetrów, nakładanych na koszule z jedwabiu. Teresa Raquin, wsiadając do pociągu, strzepnęła z bordowej opończy, którą była okręcona, resztki mgły i deszczu. W jednej chwili poczuła przepełniającą zarówno ciało jak i duszę, doskonałą harmonię. To był niezwykły dzień, dzień, w którym postanowiła zmieniać życie innych ludzi, a może – pomyślała - uda mi się zmienić także swoje...?

.

.

wtorek, 23 sierpnia 2005
taniec, czasem śpiew

Na wydmach, obrośniętych trawą o długich, ostrych krawędziach, stoją dwaj akordeoniści. Szare chmury wiszą nisko nad ich głowami. Spoza wygrywanej melodii wyłania się szum morza i piski mew. Wiatr targa białymi koszulami trzech tancerzy. Rękawy mają podwinięte, czarne spodnie na szelkach. Tańczą raz na mokrym piasku rozległej, płaskiej plaży, znacząc go esami floresami swoich skoków, innym razem na scenie pośród traw. Tańczą lekko, bez wysiłku, jakby byli kauczukowymi piłeczkami. Ich migające w tańcu twarze są skupione i wesołe zarazem. Tańczą tak, jakby byli rodzajem domina. Zarażają się od siebie kolejnymi gestami. Ale kiedy jeden rozpoczyna nowy ruch, dwaj pozostali nadal wykonują poprzedni. Zawsze w układzie dwóch na jednego. Ich taniec w subtelnym wygięciu stóp momentami przypomina klasyczny balet, po zmianie kroku bliżej mu do flamenco, by po chwili w charakterystycznym wymachiwaniu nogami wziąć odrobinę z rosyjskiego folkloru. W tańcu są całością podzieloną na trzy identyczne części, które niczym w zabawie w niebo i piekło dzielą się i spajają w najrozmaitszych figurach. To „Aunis” – krótki film w reżyserii Luca Riolona, prezentujący układ choreograficzny autorstwa Jacquesa Garniera, z udziałem tancerzy: Kadera Belarbi, Wilfrieda Romoli i Jean-Caude’a Ciappary, z muzyką Maurice’a Pachera w wykonaniu tegoż i Gérarda Baratona. Do obejrzenia na kanale Mezzo.

.

"Aunis" w wersji scenicznej

Tymczasem w Żaku już jutro rusza Gdańska Korporacja Tańca, spotkanie tancerzy i miłośników tańca współczesnego. Spotkaniu towarzyszą spektakle i warsztaty. W tym roku z pewnością warto obejrzeć Leszka Bzdyla w „Bonsai”, Rafała Dziemidoka w „Brudnym Różu” i Chiharu Mamiyę w „Orient Express MTD”. Rok temu szczególnie spodobał mi się Kubańczyk - Guillermo Horta Betancourt. Ubrany w sukienkę baletnicy z folii, na głowie miał foliową czapę przypominającą czapkę krasnala, śpiewał jak Mertens, tańczył jak Hindus, mówił po hebrajsku i w rytualnym geście rozlewał wokół siebie wodę z małego, czerwonego czajniczka. Jego dziwność spotkała się z moją w pełnym czułości porozumieniu.

foto: Piotr Wołoszyk

info o GKT http://www.klubzak.com.pl/teatr.html#opis

sobota, 06 sierpnia 2005
Indie

"Indie zaczynają się od tego, że sny się śnią

o wyprawie na wschód..."

(Jurij Andruchowycz)

ps. 21.08 w Jaśkowej Dolinie benefis Trzaski z udziałem Teo Jorgensmana, Petera Fiis Nielssena, Petera Ole Jorgensena i braci Olesiów

sobota, 09 lipca 2005
oddychająca katedra

W ostatniej powieści Antonio Tabucchi’ego jej główny bohater, złożony śmiertelną chorobą Tristano opowiada pisarzowi historię swojego życia. W otoczonej winnicami, toskańskiej willi opiekuje się nim dawna nauczycielka niemieckiego, którą nazywa po prostu Frau. Frau to postać zbudowana z cienia. Stara kobieta, oszczędna w słowach, nieraz złośliwa, a jednak na swój sposób kochająca. Jak pisze w posłowiu tłumaczka Joanna Ugniewska – Frau jest jak wcielenie losu, jak Mojra trzymająca w dłoni nić życia Tristana. Ale Frau jest też strażniczką pewnego rytuału. Każdej niedzieli kwadrans przed piątą po południu podaje gorącą czekoladę i czyta Tristanowi wiersz. Tristano ze wzruszeniem opowiada, że robiła to nawet wtedy, gdy był daleko lub w niebezpieczeństwie – „co niedziela za kwadrans piąta wchodziła do salonu, wyobrażała sobie, że nalewa czekoladę do filiżanek, i mówiła do siebie po niemiecku, paniczu, pora na wiersz. I czytała ten, który wydawał jej się najbardziej odpowiedni” ("Tristano umiera"). Ów subtelny ceremoniał powtarzała niezmiennie przez ponad siedemdziesiąt lat. Ile niedziel przypada na tak długi okres czasu? – zastanawia się Tristano – na oko kilka tysięcy. Jednak wiersz na niedzielę okazał się jedynym stabilnym miejscem w pulsującej magmie jego życia.

Na ulicy Minogi w słońcu grzały się dwa czarne koty, a stojący obok kościół św. Jana jak zwykle kruszył się i pochylał. W takie niedzielne popołudnia Gdańsk przypomina prowincjonalne miasteczko na rubieży, tuż obok zapchanego ludźmi Długiego Targu i Mariackiej drzemią ocienione zielenią podwórka i nagle ni stąd, ni zowąd na drodze staje stary kościół, jeszcze ciepły modlitwami. W kościele na kilka czerwcowych dni zainstalowano wideo-fresk Dominika Lejmana. Kiedy go zobaczyłam, pomyślałam, że oto Frau przeczytała Tristanowi wiersz i okruchy tej poezji uniosły się i dotknęły świętojańskiego sklepienia. Życie jest oddechem, chłopcze – powiedziała Frau, a rozdrapane tu i tam sklepienie wciągnęło w płuca pachnące wciąż kadzidłem powietrze. Cegły, z których zostało zbudowane, uległy swoistej dematerializacji, odkąd unosiły się i opadały w rytm oddechu katedry, zaczęły przypominać poplamioną, elastyczną błonę, naciągniętą na średniowieczne łęki. „Oddychająca katedra” – taki tytuł artysta nadał swojej pracy. Kilka osób leżało na wznak na kościelnych ławkach, patrząc w górę. Próbowaliśmy oddychać razem z nią.