agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
wtorek, 20 października 2009
gościnnie

drodzy przyjaciele ar+di, programu architektura+dialog asp, i wszyscy zainteresowani,

 

po trzech latach nieobecności w gdańsku zapraszam was wszystkich na nową serię wykładów otwartych, które przedstawią stan zaawansowania prac nad dialogiczną formułą architektury.

 

cykl siedem wykładów dialogicznych rozpoczyna się w środę, 21 października 2009.

 

wykład 1: dialogiczna formuła architektury, jest wprowadzeniem do cyklu.  

 

zapraszam w środę, 21 października 2009, o godzinie 17:00, do audytorium akademii sztuk pięknych w gdańsku na targu węglowym 6.

 

jacek dominiczak





poniedziałek, 28 września 2009
MIASTOGRAF 2009

II festiwal działań miejskich w Łodzi
1 - 10 października 2009

interdyscyplinarna impreza, prezentująca działania inspirowane lub związane z miastem. Przeglądy filmowe, projekty artystyczne, dyskusje, koncerty i zabawy podwórkowe pokażą miasto z różnych perspektyw.

w programie m.in. lomografie, kioski, przegląd filmów Andrzeja Barta, pisarza nominowanego właśnie do Nike za „Fabrykę muchołapek”, scenarzystę dokumentu „Radegast” i „Rewersu” Borysa Lankosza, obsypanego nagrodami na festiwalu w Gdyni.


szczegóły >>



niedziela, 30 sierpnia 2009
piach, woda, dziury i miłość


Gdzieś kiedyś przeczytałam, że znakiem prawdziwego bałaganu w domu, widokiem zupełnie niedopuszczalnym, z którym nie można przejść do porządku dziennego (a tak na marginesie - co z porządkiem nocnym?), jest ziemia na podłodze. Nie tam piaseczek jakiś, ale po prostu ziemia, najlepiej czarna, taki synonim upadku. Przeczytałam to, a potem znalazłam wywaloną na podłogę wielką donicę z juką w czarnej ziemi, a jakże, którą R - wtedy jeszcze mały, nie mający czym zająć myśli - przewrócił i w której całą mocą swoich małych łap postanowił wykopać dziurę. No tak, to fakt, ziemia w domu... ratunku!  

Tę tezę o okropnościach piachu we wnętrzu potwierdza pomysł jednego z gdańskich galerzystów, żeby u wejścia do galerii w kamieniczce z przedprożem - tam, gdzie kiedyś była pewnie sień kamienicznego mieszkania, tam, gdzie dziś mogłaby leżeć ni mniej, ni więcej tylko wycieraczka - umieścić zagłębienie (inaczej: dziurę) wysypane morskim piachem. Każdy wchodzący do galerii musiał się w tej piaskownicy najpierw utopić. Jesteśmy nad morzem, jak miło, zabawnie, ale też wejście w galeryjną przestrzeń oznacza wejście w symboliczną strefę, w świat jeżeli nie odwróconego, to na pewno innego porządku. Więc wnosimy do wnętrza ten piach, który właściciel co wieczór bez słowa miotłą zamiata. Ale też wynosimy go na zewnątrz, na przedproże, ulicę, do miasta. Podobnie jest chyba z tymi knajpianymi plażami w środku Berlina, tam, gdzie piachu być nie powinno - jest i w tym cała zabawa. 

Rolę "piachu w domu" w filmach Tsai Ming-Lianga zazwyczaj pełni woda. Wypływająca z kratek kanalizacyjnych, zalewająca mieszkanie po kostki jak w pełnometrażowym debiucie - "Buntownicy neonowego boga" (1992), albo kapiąca z sufitu, z pustego mieszkania piętro wyżej jak w "Rzece" (1997). Jedna z mocniejszych scen "Twarzy" (2009) to wodny atak, którego ofiarą staje się Lee Kang-sheng w tajpejskim mieszkaniu matki, woda wypełni je do pasa (matka niebawem umrze). Oprócz wody takim motywem, burzącym porządek, są dziury, a właściwie jedna dziura. 

No właśnie - wywołana przez R kwestia dziur - dziury również nie są dobrze widziane we wnętrzu. Mam dwa skórzane stare fotele po ciotce, która kupiła sobie komplet skórzanych seledynowych "pontonów", a tych starych bez nostalgii, mimo że stały w jej rodzinnym domu kilkadziesiąt lat, się pozbyła. Fotele są zniszczone. Straszy siedzisko w ciężkich czasach pokryte dermą, a materiał na oparciach jest tak wytarty, że straszy dziurami i opadającymi smutnymi językami skóry, z boku wyłażą trociny. No więc tak tu u mnie straszy, że czasami znajduję fotele przykryte czym popadnie, bo akurat byli u mnie rodzice, a oni z widokiem tych dziur nie mogą się pogodzić. Tak nie może być - jęczą, debatując raz po raz nad losem moich foteli, wymyślają różne doraźne i długofalowe strategie usunięcia dziur, liftingu, definitywnej odnowy, pokrycia foteli czymkolwiek i w ogóle zrobienia z nimi porządku. Hmm... jakoś sobie tego nie wyobrażam. Z maniakalnym uporem chronię przed zmianą moje zniszczone fotele. Manifestuję w ich imieniu, wystawiając na światło każdą plamę, dziurę, każdą deformację kształtu. Obiecuję im spokojne dokonanie żywota w stanie nie do zniesienia dla współczesnej wnętrzarskiej estetyki. Czy jestem im coś winna?  

W pięknej, choć "nieporządnej" historii miłosnej pod znamiennym tytułem "Dziura" (1998) Tsai Ming-Liang opowiada o sąsiadach w jednym z komunalnych bloków. Umieszcza ich wśród swoich ulubionych motywów - mieszkania są małe i sypiące się, nieustannie pada ulewny deszcz, dziewczyna znosi do domu niewiarygodne ilości papieru toaletowego, zewsząd leje się woda, odłażą tapety, mieszkający nad nią chłopak jest sprzedawcą w opuszczonym centrum handlowym. Któregoś dnia zaalarmowany hydraulik, szukając uszkodzonej rury w jego mieszkaniu, ryje w podłodze tunel i zostawia po sobie niewielką dziurę, która w wyniku tego ogólnego sypania się wszystkiego oraz z pomocą bohaterów będzie się powiększała. Walcząca ze sobą para w szeregu komicznych scen, przeplatanych charakterystycznymi potem dla Tsaia, komentującymi akcję wstawkami musicalowymi, będzie coraz bardziej ciekawa siebie, aż w końcu w ostatniej spektakularnej scenie chłopak wciągnie dziewczynę przez dziurę na swoje piętro. Niepoprawna dziura uratuje ją tym samym przed dziwną, przenoszoną przez karaluchy, szerzącą się w mieście chorobą, na którą zapada.  



Tymczasem GW publikuje raport, dotyczący wnętrz i domów, odpowiadając na pytanie: Co się podoba Polakom (materiał dla czytelników/widzów o mocnych nerwach):

wnętrza >>>

domy >>>


wtorek, 25 sierpnia 2009
miejskie zabawki

Pamiętam, jak na drugiej gdańskiej peczakczy jeden z prezenterów opowiadał o swojej wymarzonej knajpie, przekonując, że takiej w 3m znaleźć nie potrafi, ba! nie potrafi znaleźć też takiej, która by w niewielkim procencie spełniała jego oczekiwania i wielu się z nim zgodziło, wielu. Tymczasem w Berlinie, jak to zagranicą, jakoś sobie radzą. Fajnie sobie radzą i jak zwykle liczy się pomysł, nie wielka kasa i welurowe kanapy. W ostatnich „Wysokich obcasach” Marcin Piekoszewski opisuje wysyp berlińskich plażowych knajp nad Szprewą i poza nią, bo każde miejsce w mieście jest dobre, żeby przysiąść na leżaku. Tanio, offowo, tymczasowo, bez połysku i turystycznej tandety. Też tak chcemy!


„W gruncie rzeczy po co rzeka, jeśli i tak liczy się piasek. Zazwyczaj wystarczą dwie wywrotki, do tego kilka leżaków, hamaków, ratanowych szezlongów, metalowych łóżek, słomianych parasoli, palm w doniczkach. Ewentualnie drewniane palety, na których można usiąść, postawić drinka albo zatańczyć. Koniecznie bar zbity z desek, kolorowe reflektory. Można też wbić dwa słupki i rozciągnąć siatkę (albo 94 słupki i 47 siatek jak w Beachmitte, największym berlińskim klubie siatkówki plażowej) i nie ma znaczenia, jak daleko jest do wody. Z kilkunastu berlińskich knajp plażowych może połowa znajduje się bezpośrednio nad rzeką. Reszta rozrzucona jest po mieście. Beachmitte to kilkaset metrów ziemi wzdłuż ocalałego kawałka muru berlińskiego. Deck 5, który reklamuje się jako najwyżej położona plaża w Berlinie, zajmuje parking na dachu domu towarowego. Lunas Strandgarten wcisnął się plażą między wiadukt a zaplecze supermarketu”.


Marcin Piekoszewski: Plaża na dachu Berlina (Wysokie obcasy, 20.08.2009)


poniedziałek, 24 sierpnia 2009
zrób ciałem przyjemność miastu

Ach, pani/pan ma takie cudowne dłonie, ciepłe i spokojne. Czy pani/pan ich używa? Czy używa rąk dla przyjemności swojej/cudzej? Z rąk do rąk? Z rąk do ciał/substancji/czy powierzchni? Czego pani/pan dotyka? A w mieście? Najbardziej dopieszczone miejsca na ziemi, choć uwznioślone religijnym kultem, to właśnie te rytualnie dotykane. Czego dotykają pielgrzymi w Jerozolimie, Wilnie czy Santiago de Compostela - muru, śladu, wyobrażenia? Wyślizgane poręcze, wyżłobione w kamieniu zagłębienia, odciśnięte kolana w stopniach schodów, wydeptana ścieżka w trawniku. Jak inaczej dotknąć miasta niż wzrokiem, gdy miasto dzisiaj lśni raczej i odbija wizerunki, a więc nadaje się bardziej do oglądania, niż dotykania? I po co w końcu dotykać miasto?

Gabriela Świtek w tekście "Od figury do ciała. Transgresje architektury" pokazuje, że dziś nie pasywna metaforyczna figura, ale ciało mieszka w mieście:

Historię analogii ciała i architektury w kulturze europejskiej rozpoczyna opis 'człowieka witruwiańskiego' w Dziesięciu księgach o architekturze Witruwiusza, który sprowadza problem ciała do wymiaru geometrycznej figury-metafory. Antropometryczna analogia nie stanowi już dla architektury najważniejszego odniesienia; współcześnie powstają nowe teorie ciała w przestrzeni wirtualnej. Architektura stopniowo pozbywając się figury jako harmonijnej kompozycji mięśni i kości, przekształciła się w reprezentację cielesnej przestrzenności. Nie pasywna figura, ale ciało w ruchu umożliwia haptyczne doświadczenie miasta; przykładem jest stegofilia, czyli zamiłowanie do wspinaczki po budynkach.

Za pierwszy przewodnik builderingu (urban climbing, stegofilia), zawierający szczegółowe opisy tras wspinaczkowych na budynki uniwersyteckie Cambridge, uznaje się książkę Geoffreya Winthropa Younga The Roof-Climber's Guide to Trinity z 1899 roku. Tradycja nocnych studenckich wspinaczek trwała tam nieprzerwanie przez ponad sto lat i obrosła w literaturę tematu. Podobne przewodniki powstawały dla innych miast, m.in. Nowego Jorku, czy Los Angeles, które jest dzisiaj rajem dla miejskiej wspinaczki.
W historii związków między ciałem i architekturą - pisze autorka - dla builderingu trzeba zachować szczególne miejsce, gdyż pozwala on - w największym stopniu, a właściwie najbliższym zbliżeniu - na haptyczne doświadczenie architektury. Miejska wspinaczka jest potrójnym przekroczeniem: ograniczeń ciała, ograniczeń społeczno-instytucjonalnych i architektonicznych. Jest rodzajem transgresji, ruchem od symbolicznego centrum, jakim stała się dla architektury płaska i pasywna witruwiańska figura. Miejska wspinaczka umożliwia doświadczenie architektury 'z punktu widzenia ręki' - pozycji, którą Jacques Derrida przyjmuje, pisząc 'Le toucher, Jean-Luc Nancy'. Doświadczenie to wydaje się niecodzienne, gdyż można dotknąć niedostępnych zazwyczaj obszarów architektonicznego ciała. Ale zamieszkując architekturę, dotykamy jej przecież codziennie, nieustannie, intencjonalnie i bezwiednie - na przykład chwytając za klamkę, której dotykały przed nami inne ręce. 'Nie ma doświadczenia bez dotknięcia' - przypomina Michał Paweł Markowski, utożsamiając dotknięcie z doświadczeniem ciała.

        
Polecam.
Kultura współczesna - Kultura ucieleśniona 1(59)2009

 
czwartek, 30 lipca 2009
szok 2


fasada Hali Stulecia zostanie pomalowana na kolor złoto-beżowy...

>>>





czwartek, 23 lipca 2009
szok...


Synagoga pod Białym Bocianem we Wrocławiu

przed "renowacją" lipiec 2008
(do kliknięcia)


po "renowacji" lipiec 2009
(do kliknięcia)


kto na to pozwolił?
kto to zrobił?
komu obciąć uszy i ręce?
żądam głów, zanim otynkują cały kwartał!

 
niedziela, 28 czerwca 2009
future-city-game

(info organizatorów)

W poniedziałek, 29 czerwca w Gdańsku rozpocznie się projekt Future City Game. Mieszkańcy Głównego Miasta wspólnie z architektami, urbanistami, socjologami i przedstawicielami Urzędu Miejskiego w Gdańsku spotkają się, by wypracować najlepsze pomysły na poprawę jakości życia w centrum Gdańska.

Gdańsk, miasto kreatywne

Future City Game stanowi część międzynarodowego projektu Creative Cities realizowanego przez British Council. Grę przeprowadzono do tej pory w kilkunastu metropoliach świata, m.in. Oslo, Glasgow, Kopenhadze. Jest to dwudniowe wydarzenie, podczas którego mieszkańcy miasta – wywodzący się z różnych społeczności, reprezentujący różne dyscypliny i poglądy – gromadzą się w jednym celu: by rozwiązać najbardziej palące problemy tego miasta i wypracować najlepsze koncepcje na ożywienie ulic, dzielnic czy całych miast.

Przedmiot gry – podwórza Głównego Miasta Gdańska

Projekt ma formę dwudniowych warsztatów. Jego celem jest wyłonienie najlepszych pomysłów na ożywienie podwórzy Głównego Miasta Gdańska, przy wykorzystaniu nowoczesnych technik kreatywnego myślenia. Koncepcje, które zostaną wypracowane podczas warsztatów, mają pomóc w pogodzeniu interesów mieszkańców i władz w dążeniu do poprawy wizerunku kulturalnego centrum Gdańska.

W pierwszej kolejności projekt obejmie dwa podwórza w kwartałach: ul. Piwnej, św. Ducha, Kołodziejskiej i Koziej oraz ul. Piwnej, św. Ducha, Koziej i Szewskiej.

Uczestnicy i metodologia miejskiej gry

Zgodnie z metodologią „Gry Miasto Przyszłości” w warsztatach weźmie udział od 25 do 30 osób oraz grupa obserwatorów.

Uczestnicy to reprezentanci różnych środowisk: mieszkańcy Głównego Miasta Gdańska, młodzi architekci z Politechniki Gdańskiej, urbaniści z Biura Rozwoju Gdańska, animatorzy społeczni z Uniwersytetu Gdańskiego oraz przedstawiciele Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Gdańsku czy Gdańskiego Zarządu Nieruchomości Komunalnych. Obserwatorem warsztatów może być każda osoba zainteresowana nowoczesną organizacją przestrzeni miejskiej i rozwiązywaniem problemów ich mieszkańców.

Mistrz Gry przeprowadzi uczestników przez 10 etapów gry, które obejmują m.in.: analizę problemów globalnych i lokalnych oraz perspektyw miasta (gospodarczych, społecznych, ekologicznych, kulturowych), generowanie pomysłów na przyszłość, testowanie pomysłów w terenie wśród specjalistów, mieszkańców, turystów, urzędników i obserwatorów oraz prezentację na forum ostatecznych koncepcji wypracowanych w grupach. Ostatnim krokiem, w którym biorą udział zarówno grający, jak i obserwatorzy, jest ocena wszystkich wypracowanych koncepcji. Kryteria, jakie będą brane pod uwagę to m.in.: atrakcyjność, innowacja, zbieżność z wyzwaniami lokalnymi i globalnymi, związanie ze społecznością, możliwość wykonania.

Warsztaty odbędą się 29 i 30 czerwca w godz. od 9 do 17 w Biurze Gdańsk Europejska Stolica Kultury 2016 przy ul. Długi Targ 39/40. Otwarta dyskusja z udziałem Prezydenta Miasta Gdańska rozpocznie się we wtorek o godz. 16.30. Po dyskusji ok. godz. 18.00 na podwórzu w kwartale ul. Piwnej, św. Ducha, Kołodziejskiej i Koziej odbędzie się koncert Loco Star.


Creative Cities British Council >

Gdańsk: Centrum >


poniedziałek, 22 czerwca 2009
jak mieszkają architekci 2

Pytałam kiedyś z czystej ciekawości – jak mieszkają architekci. Odzew nie był za wielki. Doszłam do wniosku, że architekci wstydzą się ujawnić, jak mieszkają, bo może im się wydaje, że mieszkają źle, nie tak, jak powinni, że jako szewcy chodzą w dziurawych butach. A przecież architekt też człowiek i może po prostu do szczęścia potrzeba mu tylko nieco świętego spokoju? Bo o desce kreślarskiej nie ma już – zdaje się - mowy. O tym, czy faktycznie święty spokój jest tym złotym środkiem, wspomagającym, żeby nie powiedzieć - konstytuującym egzystencję architekta, chciał się w Sobótkową noc przekonać Lowbudget (patrz: CudaWianki). Budując swój (s)pokój, ale na prawie holenderskim. Definiuje ono dom jako lokal, w którym znajduje się przynajmniej łóżko, stół i krzesło. No więc, żeby żadne służby (a w szczególności holenderskie) nie zakłócały domowego spokoju architektom, do parkowej ławki-łóżka dodali niezbędne elementy i tak powstał holenderski dom o lekkiej konstrukcji, który bardzo spodobał się gościom, spacerującym topolową aleją. To była część akcji steetartowej w Gdyni, zorganizowanej przez akukusztukę. (S)pokój architektów można oglądać do czwartku, choć – jak się dowiedziałam – został już zakłócony - zniknął pies, butelka, kieliszek i noga od krzesła.

(do kliknięcia)


sobota, 13 czerwca 2009
mądry po szkodzie?


Włodarze Gdańska, zadowoleni z faktu, że idea Młodego Miasta na terenach postoczniowych coraz bardziej się krystalizuje i urzeczywistnia, jesienią przecięli czerwoną wstążkę i wkopali pierwszą łopatę pod budowę Nowej Wałowej, autostrady, która w planach ma przeciąć MM na pół, odcinając od centrum waterfronty. Krytyka tej koncepcji na nic się nie zdała, miastu potrzebna jest autostrada, nawet jeżeli przetnie słynną, symboliczną Drogę do Wolności. Czego nie robi się dla komunikacji kołowej w polskich miastach. Tymczasem włodarze Gdańska chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko. Starają się właśnie o wpisanie stoczni gdańskiej na listę światowego dziedzictwa UNESCO, co wiąże się i z prestiżem i ze sporymi pieniędzmi. UNESCO ma jednak swoje wymagania. Dzisiejsza GW podaje:

"W raporcie Komitet [ds. Światowego Dziedzictwa Kulturowego w Polsce, który doradza ministrowi kultury] podkreśla, że stocznia spełnia trzy podstawowe warunki, by znaleźć się na liście UNESCO: •  uniwersalność („miejsce to jest symbolem, jak w sposób pokojowy upominać się o wartości i doprowadzić do wygranej"), •  integralność (postoczniowe tereny wciąż pozostają spójne architektonicznie, bez współczesnych plomb), •  autentyczność (obok oryginalnych obiektów takich jak sala BHP czy budynek dyrekcji zachowały się maszyny, tory i kostka brukowa).

Ale jest też problem. Teren, o którym mowa, to tzw. Młode Miasto, nowa dzielnica, gdzie oprócz solidarnościowych zabytków mają znaleźć się domy mieszkalne, biurowce, galerie handlowe. Np.: planowana budowa głównej drogi Młodego Miasta - ulicy Nowa Wałowa - według członków Komitetu "spowoduje całkowite przestrzenne i funkcjonalne rozcięcie terenu, co stoi w sprzeczności z warunkiem integralności, który musi spełniać miejsce Światowego Dziedzictwa".

- Raport nie jest ostatnim słowem w dyskusji - wyjaśnia "Gazecie" Tomasz Merta, wiceminister kultury. - Komitet jest jak filtr. Ocenia pomysły wpisu, pokazuje, czego jeszcze potrzebujemy, by znaleźć się na "Liście światowego dziedzictwa". Dlatego najpóźniej w lipcu odbędzie się w tej sprawie spotkanie. Wezmą w nim udział członkowie Komitetu, władze Gdańska i właściciel postoczniowych terenów firma BPTO. Trzeba ocenić, na ile jest możliwe pogodzenie oczekiwań UNESCO i planów inwestorów, zwłaszcza że UNESCO wymaga planu zarządzania chronionym terenem.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz boi się tylko, że wpis Stoczni Gdańskiej na listę UNESCO zrobi z niej skansen".  


Stocznia na listę UNESCO (GW 13.06.2009) >>


piątek, 12 czerwca 2009
ful wypas czyli zarastanie miasta


Czasami fajne rzeczy dzieją się w mieście, zupełnie niezależnie od oficjalnych i dalekosiężnych planów jego włodarzy. Zwykle dowiadujemy się o nich w momencie, w którym znikają i powstaje wokół nich trochę artystycznego szumu. Kiedy Polska zdobyła prawo organizacji Euro 2012 wielu pukało się w głowę i załamywało ręce. Szansa na rozwój (budowę nowych dróg, stadionów, infrastruktury, rewitalizację zaniedbanych dzielnic) wydawała im się co najmniej podejrzana. Przypuszczali, że wiele miejsc padnie ofiarą głupiego, centralnego walca zmian, bez poszanowania dla lokalności.

Zastanawiam się, czy stadion może być w ogóle piękny i jak się ma najpiękniejszy w Polsce stadion Baltic Arena do ogródków działkowych w Letnicy, które zmiótł z powierzchni ziemi? Tymczasem zniknął inny piękny stadion, "tak jakby" (bo przecież już nie ten sam) Stadion Dziesięciolecia, miejsce w stolicy dosyć niezwykłe. W książce "Stadion X. Miejsce, którego nie było" pod redakcją Joanny Warszy swoje badania opisali botanicy. Marek Ostrowski, Barbara Sudnik-Wójcikowska i Halina Galera relacjonują fascynującą historię, która składa się na jedną z warstw stadionowego palimpsestu. "Gdyby nie nastąpiła przebudowa stadionu - piszą w tekście "I oczom odkrywców ukazała się zielona wyspa" - za kilka lat jego nieckę wypełniłby las drzew, widoczny z daleka w postaci zielonej czupryny, kołyszącej się nad stadionową koroną. Przy udziale roślin powstałaby nowa, zaskakująca forma architektoniczna - pomnik żywotności przyrody w miejscach opuszczonych przez człowieka". I wymieniają rośliny, które tam spotkali:

topole, winorośl, czarny bez, klon, rośliny zielne: pokrzywa, chmiel, psianka słodkogórz, gatunki amerykańskie: przymiotno kanadyjskie, szarłat szorstki, żółtlica drobnokwiatowa i żółtlica owłosiona oraz nawłoć kanadyjska i nawłoć późna, miłka drobna - trawa z Europy południowej i zachodniej Azji, rośliny o jadalnych soczystych owocach: morwy, czereśnie, wiśnie, jabłonie, śliwy, truskawki i pomidory, pojawiła się sałata kompasowa, komosa wzniesiona, lnica mała, wiechlina wąskolistna i stokłosa dachowa, ciepłolubne gatunki drzewiaste: orzech włoski i charakterystyczny dla Chin bożodrzew gruczołkowaty, a nawet... granatowiec, dalej trzcinik pisakowy, turzyca owłosiona, chwasty: glistnik jaskółcze ziele, mlecz kolczasty i pospolity, psianka czarna, całe łany łobody i komosy, kruszyna, jarzębina, dereń biały, irga, czeremcha... naliczyli 160 gatunków roślin.

projekt fotograficzny francuskiej artystki Mathilde Papapietro "Ogródki działkowe - stan 2007"
(Letniewo zwane Letnicą do kliknięcia)




W tym samym czasie, kiedy rezydenci gdańskiego IS Wyspa zastanawiają się, jak zachować, przechować, ochronić, wykorzystać potencjał biomasy na terenach postoczniowych, w Ameryce, jak to w Ameryce, idą na całość. Artyści, architekci, burmistrzowie i inni. Właśnie oddali do użytku pierwszy kawałek dawnej nowojorskiej linii nadziemnej kolejki, zamienionej w miejski park. Uuuuu... zapiera dech w piersi. Może trochę za piękna, za bardzo do końca zaprojektowana, powinna się nieco przechodzić, wystawić na działanie i czasu i klimatu, i miejskiego życia, co niechybnie nastąpi. Najprzyjemniejsze wydają się te odcinki, które ujawniają i oczywiście udają pozarastane zielskiem, nieużywane torowiska, którymi przecież dotąd były. To mi się podoba, taka alternatywna miejska droga, która by potwierdzić swoją alternatywność, potrzebowałaby chyba jednak trochę offowości.

o High Line >>

wypasiona wizualka >>
  
info od Filipa


foto: Iwan Baan


piątek, 15 maja 2009
Oksiuta w Łaźni


artysta architektury? architekt sztuki?

ZBIGNIEW OKSIUTA

19 maja g. 18 CSW Łaźnia Gdańsk
"Biosfera osobista. Badania nad habitatem przyszłości"




dwie cegiełki do miasta

Miasto na wszystkich ustach.

Magazyn KONTEKSTY nr 3-4 (282-283) 2008

Antropologia miasta


 

ZBIGNIEW BENEDYKTOWICZ Od doświadczenia prowincji do doświadczenia miasta. Antropologia miasta

DESMOND HARDING Wyobrażenie miasta i jego przestrzeń, przełożyła Ewelina Godlewska

EWA REWERS Od miejskiego genius loci do miejskich oligopticonów

KRZYSZTOF RUTKOWSKI Włóczęgopisanie. Paryż jako księga znaków

TOMASZ SZERSZEŃ Miasta Waltera Benjamina

GABRIELA ŚWITEK Transkrypcje Gesamtkunstwerku

RYSZARD ENGELKING Szaleństwo w obcym mieście

GÉRARD DE NERVAL Pandora, przełożył Ryszard Engelking

PIOTR JAKUB FEREŃSKI Osobliwości Wiednia. Opowieść historycznoantropologiczna

JOANNA KULAS Tajemnicze miasta polskie

BARBARA BOSSAK-HERBST Gdańsk w powieściach Pawła Huellego i Stefana Chwina - próba rekonstrukcji

AGNIESZKA SABOR Jerozolima: na śmierć i życie

ANNA POCHŁÓDKA "Tu, w tym mieście, wszystko się zaczęło". Znaki papieskości w otoczeniu wizualnym Wadowic

ZOFIA KRÓL Literatura i banany. Realność miasta w Księdze niepokoju Fernanda Pessoi

MAGDALENA BARBARUK Buenos Aires. Fantastyka vs. metafizyka

PATRYCJA CEMBRZYŃSKA W poszukiwaniu podniebnej przystani - odyseja kosmiczna

DARIUSZ CZAJA Fragmenty dyskursu weneckiego

RADOSŁAWA OLEWICZ Miasto w wojnie. Raport z oblężonego Sarajewa

JACEK SEMPOLIŃSKI Prowincja, sny. Nadmiar

ZBIGNIEW BENEDYKTOWICZ "Krajobraz archaiczny". O prowincji, doświadczeniu miasta, Warszawie i fotografiach Leonarda Sempolińskiego - rozmowa z Jackiem Sempolińskim

ALEKSANDRA MELBECHOWSKA-LUTY Jacek Sempoliński

HUBERT KOWALSKI Dekoracja rzeźbiarska Pałacu Kazimierzowskiego

HANNA FARYNA-PASZKIEWICZ Praski pejzaż

PAWEŁ ELSZTEIN Warszawska Praga, znana i nieznana

IWONA A. OLIWIŃSKA Genius loci a zachowania przestrzenne i style życia mieszkańców Szmulek

JANUSZ SUJECKI Targowa 78. Historia zakładu fotograficznego

ANNA KUCZYŃSKA Antropologia miasta - obszar koncentracji problemów antropologicznych

MAGDALENA KROH Targowa 63

ANNA KUCZYŃSKA "Miejsca i sąsiedztwa". Badania 2004-06

KATARZYNA GMACHOWSKA "Szklane domy". Żoliborska WSM. Miejsce uwikłane w historię

do kupienia tu:


i jako dodatek:

KWARTALNIK FILMOWY nr 64 2008

(OBRAZ FILMOWY, OBRAZ W FILMIE cz. I)

POTOMKOWIE BENJAMINA

MARCIN MARON
Benjamin i surrealizm

LUTZ KOEPNICK
Aura widziana na nowo. Benjamin i współczesna kultura wizualna

pełen spis treści tu:



wtorek, 31 marca 2009
rewitalizacja w procesie


Odbyłam ostatnio kilka rozmów. Naprawdę zachwycających. Nie, nie zawsze z architektami, choć ich tematem była architektura. Często trafiałam ostatnio do gdańskiej Wyspy. I – przyznam - nieco zaniepokojona jej przyszłym wizerunkiem, który raz po raz pojawia się tu i tam, projektem dyplomowym sprzed pięciu lat spółki RBAN dla Wyspy, chciałam się dowiedzieć, czy faktycznie będzie realizowany. Wydawał się przytłaczać sobą to wszystko, co słyszałam o idei Anety Szyłak i Grzegorza Klamana na temat niezależnej, wręcz offowej, żywej i otwartej instytucji, promującej sztukę współczesną w określonym kontekście. Stary budynek Wyspy w tym projekcie zamiast dachu miał na „głowie” wysoki na kilka pięter wieżowiec. Spotkałam się z nimi, żeby o tym porozmawiać.

Spotkanie było niezwykłe. Bo cudownie jest spotkać ludzi, którzy cenią sobie wolność. A jak pisał Emil Cioran, chwilą prawdziwej wolności jest ta, w której wyzbywasz się władzy nad Innymi. Ludzi tak wsłuchanych w architekturę. Tak wiele o niej myślących. Czy rzeczywiście dojdzie niebawem do sytuacji, w której myśleć i sensownie mówić o architekturze będą tylko nie-architekci (a-architekci)?


(do kliknięcia)


Gdańska Wyspa - rewitalizacja w procesie

Jesienią minie pięć lat rezydencji niezależnego Instytutu Sztuki Wyspa w znajdującym się na gdańskich terenach postoczniowych budynku dawnej Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów. Twórcy instytucji Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman w miarę upływu czasu rewidują swoje poglądy na temat jej architektonicznego wizerunku. Coraz bardziej skupieni na kontekście miejsca, doceniają oddaną im we władanie przestrzeń, odmawiając uzurpowania sobie prawa do władzy.

Ceglany budynek szkoły powstał w 1940 roku. Do dziś przetrwała jego połowa. Usytuowana w bliskości stoczniowego muru, obrośnięta wysoką trawą, spokojna, klasyczna bryła otoczona jest stoczniowymi instalacjami. Zmatowiałym blaskiem świecą pęki rur, przeciągnięte nad sąsiadującą z Wyspą ulicą, która kiedyś ma być główną arterią Młodego Miasta. Z drugiej strony muru prężą się, jakby na baczność stojące, wysokie gdańskie kamienice.

(do kliknięcia)

   

W 2004 roku, kiedy zajmowali budynek, kuratorzy i twórcy idei Instytutu ze swoich oczekiwań względem instytucji sztuki uczynili temat wystawy. Ich oczekiwania były wynikiem wcześniejszych doświadczeń. Aneta Szyłak prowadziła miejskie Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku, została odsunięta ze stanowiska dyrektorki ze względu na rodzaj pokazywanych w galerii wystaw, które nie spodobały się samorządowcom. Grzegorz Klaman – twórca kultowej „Wyspy”, galerii początkującej pod gołym niebem pośród ruin Wyspy Spichrzów, po tym, jak władze gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych wymówiły mu umowę najmu lokalu na Chlebnickiej, w którym pokazał „Pasję” Doroty Nieznalskiej, po latach znalazł się znowu bez swojego miejsca. Szyłak i Klaman - bezkompromisowi zwolennicy niezależności sztuki - wykorzystali okazję, właściciel terenów postoczniowych, kierując się popularną w całej Europie strategią marketingową, zapraszał artystów do „oswajania” poprzemysłowych obszarów, które w przyszłości miały stać się częścią komercyjnego projektu Młodego Miasta.

Pierwsza wystawa w IS Wyspa „BHP” (Zdrowie & Bezpieczeństwo) miała odzwierciedlać krytykę zależności i kontroli, sprawowanej nad instytucjami sztuki przez polityczne elity. Jej drugim, nie mniej ważnym aspektem była kwestia wzajemnych relacji sztuki i architektury. Kuratorzy obserwowali to, co działo się na świecie z galeriami i muzeami. Z jednej strony „white cube” odcinał sztukę od lokalnego kontekstu, ukrywając w swoim z pozoru neutralnym opakowaniu mechanizmy kontroli. Z drugiej - wciąż żywy „efekt Bilbao” sprawiał, że spektakularna, dominująca, oryginalna, a co za tym idzie osobna i przytłaczająca, architektura zostawiała sztuce niewielką przestrzeń ekspresji, o porozumieniu nie było mowy. Otwarci na to, z czym spotkali się w stoczni, na wielowarstwowy kontekst (także architektoniczny) miejsca, ukształtowanego jak miasto w mieście, postanowili odnieść się do budynku dawnej szkoły z szacunkiem i ze zrozumieniem. Mając zaufanie do biorących udział w wystawie artystów, razem z nimi dokonywali niewielkich zmian, artystycznych interwencji w jego wnętrzu. Powstały wtedy prace, na stałe wpisujące się w przestrzeń Wyspy: tekstylne aranżacje „Personel 4” Maureen Connor, instalacja, będąca jednocześnie biurem Anety Szyłak, wyrąbana w ścianie ludzka postać Oscara Dawickiego, czy niezwykły mural Ellen Harvey „Derenovation” - artystka znalazła na ścianie szkoły w jednej z sal ledwo czytelny niemiecki napis, odrestaurowała resztki liter i oryginalny kolor ściany, domalowała obrazy z widokami wnętrza dawnej szkoły jeszcze przed wstępnym remontem.

(do kliknięcia)


Jedną z prac, prezentowanych podczas wystawy „BHP”, był dyplomowy projekt dla Wyspy młodych gdańskich architektów Roberta Brodzińskiego i Andrzeja Niegrzybowskiego. „Maszyna medialna” była ich interpretacją rewitalizacji i adaptacji budynku dawnej szkoły do nowych warunków funkcjonowania w Młodym Mieście. W stosunku do dzisiejszych niecałych 3 tys. m powierzchni użytkowej projekt zakładał jej powiększenie do 4 tys. Budynek miał być wyższy - bazą dla nowej formy, opartej na estetycznych założeniach rosyjskiej konstruktywistycznej awangardy, była stara, ceglana struktura.

(do kliknięcia)


Po kilku latach korzystania z budynku, a raczej odkrywania jego tajemnic, wsłuchiwania się w jego głos i w głosy ludzi, artystów, architektów, designerów, kuratorów, którzy zmagają się z wciąż na nowo odkrywaną autentycznością tego miejsca, Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman nadal mówią o lokalnym kontekście i rezygnacji z nadmiaru. Dziś brzmi to mniej rewolucyjnie, niemal jak norma. Niewielkie gesty, jakimi dotykają budynek, myśląc o jego przebudowie, są spowodowane z jednej strony praktyką, codziennymi ograniczeniami, jakimi żyje niezależna finansowo organizacja, zajmująca się promocją sztuki, ale też przekonaniem, że tworzenie instytucji na każdym z pól jest procesem otwartym. Mieszcząca takie postulaty architektura musi być tego otwarcia i elastyczności symbolem.

(Agnieszka Szeffel)



* * *

Coś musi się zmienić. Może trzęsienie Ziemi się stanie. A może kataklizm, który zmiecie z jej powierzchni wszystkie te „przekonania”, co jest dobre, a co złe. A my sobie cichutko usiądziemy w słońcu na barykadach, które powstaną mimowolnie z tego zwałowiska, złomowiska idei. Pięknie.

W moim otoczeniu ludziom brakuje zaangażowania, letniość i konwencjonalizm powodują, że opadają mi ręce. Nie stać ich. Inwencji oczekują od inwestora. Inwencji w zadawaniu zadań i generowaniu oczekiwań. Nie przyjdzie im do głowy, twardej głowy, że oczekiwania, że potrzeby mogą tworzyć sami, bo nie każdy inwestor jest tak świadomy jak Wyspiarze.

Architekci, przypięci do inwestorów jak kwiatki do kożucha, skazani są na uwiąd. Już dziś więdną im mózgi. Nie wiem, co będzie dalej. Dziś idea Rema Koolhaasa, że można – projektując - myśleć o TYLU rzeczach, z TYLU rzeczy składać architekturę, jest rewolucyjna. Niebawem będzie rewolucyjną idea, że – projektując – można myśleć. Architekci zamiast myśleć będą się zachwycali własną kreską. I decydowali, czy jest wystarczająco ładna. Tak, jest ładna – projekt skończony. Skończony.




poniedziałek, 02 marca 2009
ArchiWtorek

Takie inicjatywy przyprawiają mnie o gęsią skórkę... Chyba przeniosę się do Wrocławia. Od nowego roku odbywają się tam architektoniczne wtorki. Niezwykłe - ludzie chcą rozmawiać o architekturze!

W styczniu rozmawiali o gęstości w architekturze z Olgą Tokarczuk, jutro będą rozmawiać o jej zmienności z Piotrem Krajewskim, dyrektorem WRO. Super! Brawo! Dlaczego mnie tam nie ma!?


ArchiWtorek >>

 



 
1 , 2