agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
piątek, 17 lipca 2009
poprawianie urody


pocztówka od Karoliny
tak to się robi w Turcji
(do kliknięcia)





niedziela, 12 lipca 2009
bawełniany pałac


pocztówka od Karoliny
 lody śmietankowe w polewie z pomarańczy
(do kliknięcia)








piątek, 26 grudnia 2008
Moda na Wschód

Karolina już przed laty uzgodniła ze swoim poczuciem obowiązku, że dni święte po to są, by je święcić. Oprócz zmaltretowanego karpia - święto na święta. Spotkaniom rodzinnym uczynić zadość. A poza tym święty spokój osiągnąć leżeniem na kanapie w kremowych rajstopach i czytaniem na przemian nostalgicznych opowiadań o Związku Radzieckim w świetle świec o zapachu pomarańczowym.

Tak też uczyniła, a za oknem niebo jak z krochmalu, lepkie, szare, bo krochmal był z dodatkiem szarego mydła, przyprószone białymi drobinkami (płatki mydlane). Jej ulubiony mopsik, sztuk jedna, choć to podobno mopsikom wróży rychłą śmierć (melancholia i depresja), spoczywał obok na poduszeczce w renifery. I pochrapywał raz po raz.

O drogi mopsiku, pomyślała Karolina, przeciągając się świątecznie, zagryzając świątecznego keksa na przemian ze świątecznym makowcem, o drogi mopsiku... dziś nazwany maskotką, ciamajdą... przez doświadczonego w tresurze kuzyna, drogi mopsiku... wzdycha niestrudzenie Karolina. Kuzyn dowodził dzisiaj podczas śniadania niezbicie, że mopsik jest psem, nie człowiekiem, jak go zwykła traktować zainteresowana i że to traktowanie źle robi wszystkim po kolei. Mopsik ziewnął i puścił do niej oko, objedzony pasztetem i klopsem. To chyba jednak niemożliwe, żeby był psem, zdecydowała Karolina, rozklepując renifery, by mopsika uczynić jeszcze szczęśliwszym (prawdziwa miłość).

A zatem była mowa o rodzinie, która złączona wyższą koniecznością świąt, znowu się jeła troskliwie pochylać nad losem najmłodszych jej członków i dzielić marzeniami o Argentyńczykach, którzy mogliby zasilić przyszłoroczne biesiadowanie swoją nową obecnością, a jako że to nacja o interesujących genach, może by i mogła ona ulec rozmnożeniu przy pomocy tychże członków. O mopsiku, westchnęła Karolina, rozpyliwszy wokoło nieco Midnight Poison Dior (prezent).

Powróciwszy do lektury, oddała się marzeniom o Wschodzie.

Łącząc się z bohaterem opowiadania dylematami.

Przeklęte okulary! [różowe, szkła w kształcie pięcioramiennej gwiazdy (prezent), przyp. Karolina] Przecież tak naprawdę cały czas mam je na nosie, nawet kiedy kłują mnie w kieszeni spodni! Jakby ktoś dokonał niezauważalnej operacji i wszczepił mi je w siatkówkę. Jestem zwykłym wycieczkowiczem i nie umiem w ogóle dotknąć tu niczego, jestem odgrodzony, jakbym oglądał film. Jestem amerykańską emerytką! Blee - pokazuję sobie język do lustra w łazience mojego pokoju hotelowego. A potem nakładam na głowę ręcznik jak chustkę i udaję starą babę, choć te emerytki wcale tak nie wyglądają. Ale przecież raz już miałem „spotkanie z tubylcami” i zakończyło się puszczeniem pawia do wanny pełnej zardzewiałego żarcia z przypalonych patelni. Bleee. Skończyło się panicznym poszukiwaniem taksówki, która jak najszybciej doprowadziłaby mnie do reszty wycieczki, i wybuchem całego pozostawionego za sobą świata. Żadnych skoków w bok! A jednak kusi mnie, by przebić tę błonę celulozy i jakoś dostać się do prawdziwej Rosji. Okulary chowam więc do szuflady i niezbyt pewnym krokiem wychodzę z hotelu. Pójdę najpierw do bani. Albo nie, bo bania jest w przewodniku Pascala! Bleee – znowu mina – bleee, przewodnik Pascala jest bleee! Instrukcja obsługi Moskwy – gdzie się wysiusiać, aby się nie zarazić bakteriami? („Jak ognia unikaj publicznych toalet! Zawsze miej przy sobie małą paczkę chusteczek!”). Gdzie podjąć pieniądze, aby nas nie oszukano? I co robić w nagłych wypadkach?”...

Tymczasem.

Gdy Kolę Doliniarza zapudłowali nad Kanałem Biełamorskim, na cały świat spadł śnieg z deszczem i drewno w barakach pachniało żywicą i lasem, a potem zaraz zrobiło się szare i przegniło. A jeszcze bałamuciły go bałałajki! Na środku drewnianego baraku dymił piecyk. „Szminka równie czerwona jak kawior jest i z sucharem wytrawny smak ma” - śpiewała jedna z więźniarek, wyczesując wszy z szarych włosów. Wszystko to było bardzo piękne i smutne, i Kola zostałby artystą, obozowym poetą, gdyby nie pewna wizyta o świcie, gdy spał jeszcze cały barak. Ale Kolka siedział na pryczy i wspominał Odessę, Miasto Róż. Schody odeskie, niską zabudowę Mołdawanki, morskij wakzał. Gryzł słomkę wyjętą z tego, co miało udawać materac. W tę słomę z braku chustki wycierał nawet nos. Czasem przed oczami stawała mu Masza, Najpiękniejsza Róża. Właśnie w którymś z takich momentów do baraku wetknął głowę jeden z Robotników-Aktywistów, niejaki Różancow”...

A ona.

„Siedzi ręce splotła na podołku, myśli o Kolce Doliniarzu, a dokładnie - o jego owłosionym torsie, o jego tatuażach, o jego kocim spojrzeniu. O jego palcach - zwinnych nie tylko podczas złodziejki... Czuje jego zapach, też jakby koci. Już widzi, jak pomoże mu wyrwać się z tamtego obozu pracy przymusowej, co to dla Kanału Biełamorskiego, we wszystkim posłusznego Odessie, jak filia. Zamyślona Masza wyciąga z torby bułkę i butelkę z winem. W brudnej szybie, w wyrwie pomiędzy dechami, przygląda się swojej młodej twarzy, czerwonym ustom, czarnym oczom o lekko azjatyckiej urodzie. Szyba cała jest w grypserze mrozu. Masza, Maszeńka doskonale rozumie grypsy wołające o pomoc. Nawet mróz służy kochankom w ich kontaktach na odległość. Która jednak z każdą chwilą się zmniejsza. Teraz Maszynistka Masza słyszy przeciągłe wycie lokomotywy na zakręcie, a Masza Pasażerka oddaje bilety do sprawdzenia. Cały długi tydzień jedzie Masza Ratowniczka i Masza Sanitariuszka do swojego Koli Kołchoźnika ...  

(Michał Witkowski, Kolaboracja)


poniedziałek, 17 listopada 2008
fru, fru... od Karoliny


Nadchodziła noc. Drobnymi krokami nadchodziła noc. Znudzona. Zawiedziona. Opuszczona. Karolina wrzuca do swojej ślicznej torby podróżnej w te wszystkie kolorowe piki i trefle kilka - jak jej się wydaje - niezbędnych rzeczy. Wytartych, suchych jak pieprz, stęsknionych za wiatrem i piachem, fruwającym w powietrzu, wciskającym się pod ubranie, zgrzytającym w zębach. Ten wiatr... zamorski jakiś. To marzenie. Tymczasem wyspa nie daje się tak łatwo opuścić. Trzyma ją oburącz. Daje się jedynie przejechać. Bezlitośnie, uzbrojoną oponą. Na rozjeżdżonym przez bywalców szlaku. Co to było? Ciągle lato i lato, i lato. Słońce, puste ruiny, tureckie oczy. Turcela, turcela... Te wszystkie zaniedbane i ponure miejsca. Jak ja, kwituje Karolina widok, rozpościerający się za ciemnymi szkłami jej okularów. Czy ktoś mnie wołał? Odwraca się niepewnie. Turcela...

Układa głowę na wzorzystych poduszkach, bezsilna. Bez sił. Nie słyszy, nie widzi, próbuje kebabu, wypija cierpki czaj. Kebab ADANA, nie zna takiego imienia. Minęła zamki w górach Kyrenii, niewidzialne miasta, malowniczo wyrastające ze skał jak skalne rośliny. Buffavento oznacza gwałtowny powiew wiatru, wioska Beylarbeyi, Bellapais... Bawię się. Zostawiwszy za sobą Bellapais. Wysyłają ją do Gasimagusy, po grecku Famagusty, ale zostaje.

W tej budzie nikogo, stół wynoszą mi z nieba, zamiatają miotłą. Jedzenie... proszę o drugą porcję, drugi czaj. Jem lahmacun. Jakiś turecki niemowa z uśmiechem w oczach prowadzi mnie do Sultanahmet. Tam Australijka, żona Turka ma dom. W jej objęciach było już jak w domu. Skąd taka bliskość? Z takiego daleka, z koloru skóry, włosów, sposobu starzenia się, zapachów...? Rano na wsi zaczyna się dwudniowy festiwal. Radość, muzykowanie, jedzenie i picie, wszystko własne, wyhodowane, wytworzone, zbierane, przerobione. W mojej restauracji przygotowano już placki do lahmacun. W ilości setek. Widziałam te kulki na stołach. Ale muszę jechać dalej. Na wschód, na wschód, północne wybrzeże...


Buffavento i zapisana kartka frunie już nad oliwnym sadem. List bez butelki unosi się nad dachami wyschniętej na pieprz wioski, która wiwatuje na cześć miejscowego notabla. Szybciej, szybciej, ucieka coraz wyżej. Już go nie złapie wyciągnięta w górę ręka Karoliny. Pstryk, pstryk, klaszczą jej osamotnione palce, a dłonie przybierają kształt grabek, bezskutecznie grabiących gorące powietrze. Powietrze, choć zagrabione, wciąż wraca na swoje miejsce jak kasza manna na dno talerza. Puste rowki, jak dawniej, natychmiast wypełniają się nasączoną mlekiem kaszą.


CYPR TURECKI
(do kliknięcia)

 



czwartek, 30 października 2008
dom latających sztyletów

Ziarenka granatu, pokarm dla zmarłych. Ale i symbol płodności. Podobno to nie jabłkiem a granatem kusiła Ewa Adama w raju. Rozsypujemy. Rozsupłujemy. Zapadamy w sen, którym Hades uśpił łakomą Korę. Łakomą granatu. Karolina Południowa przesyła mi owoc. Niepoprawnie mylę go z dynią. Ejże! To granat, przywieziony na Cypr przez Afrodytę. Aha! Coś w tym musi być. Karolina wciąż grzebie gołą stopą w ciemnym cypryjskim piachu.

Karolina bladym świtem wyciąga nogę z piachu. Coś ją męczy. Coś nie pozwala – jak dawniej – wytrwać w medytacji. Obraca w palcach telefon komórkowy, który ostatnio jest w ciągłym użyciu. Wypełniony słowami, zaklęciami. Dosyć banalnymi, tak, tak, ona o tym wie. Ktoś chce ją zobaczyć so much. Ktoś nie może doczekać świtu. Tylko mi nie zazdrość – powtarza – tego porywu (podrywu?). Tak mnie coś porwało – wyjaśnia, rozdzielając dojrzałe ziarenka granatu na trzy fotogeniczne kupki. Jej uśpione dotąd zainteresowanie współczesną fotografią ostatnio odżyło. Ktoś, coś. Nagle zaczęła zauważać dookolny świat z rzadką wcześniej precyzją.

Na jednej z tych zalanych światłem jak deszczem, lśniących w słońcu, wąskich uliczek znalazła niewielką witrynę, wypełnioną kolekcją pięknych, starych aparatów. Jak to się stało, że wcześniej na nią nie trafiła? Przechodziła tędy tyle razy. Fotograficzne studio wyrosło przed nią jak spod ziemi. Żadna tam fatamorgana, zwykły fakt. Czarne magiczne pudełka ustawione były ze znawstwem i czułością. Poddając się wspomnieniom, nie mogła oderwać od nich wzroku. Tymczasem pojawił się właściciel (stroiciel?) tego zaczarowanego ogrodu – złapał ją za rękę i powiódł ku kolejnym zdobyczom. W zaufaniu pozwolił dotknąć, przymierzyć się, zważyć w dłoniach, przytknąć oko. Rozmawiali dłuższą chwilę, a wynikł z tego szereg zaproszeń, uprzejmych, choć może nieco nachalnych. Ale to taka grecka specyfika.

Inteligentny, rozgadany, bardzo grecki, pełen pasji kolekcjoner i artysta, w rzeczy samej – właśnie wrócił z Kolonii, gdzie wystawiał swoje prace, zaprosił ją do swojego cudownego domu, to dopiero jego świat, dziś wieczorem? Czemu nie, co może jej się w końcu stać. Co może się stać. Wydaje mi się, jakbym go bardzo dobrze znała – szepcze Karolina, patrząc w błękitno-niewinne niebo, zagryzając ten widok granatem. Tak naprawdę to się boję – wyznaje - ale też umieram z ciekawości, co się tam kryje, w tym cudownym domu. Co może mi się w końcu stać? A jednak pełna podskórnych obaw, zmienia godzinę spotkania, popołudnie wydaje jej się bezpieczniejsze od ciepłego, cypryjskiego wieczoru, jasność dnia wszystko załatwi, nie pozostawi niedomówień. Z jakiegoś powodu zależy jej na tej znajomości, nie z wyrachowania. Podchodzi do niej z nadzieją, że może się czegoś nauczy, podniesie poziom swoich umiejętności, czy mi wspominała, że zaproponował jej pracę?

Prowadzi ją pod bramę, czarną i wysoką. Ten dom to prawdziwa twierdza, ta brama to uchylające się z piskiem wrota do niej. Gdzie jest zwodzony most? Karolina szuka wzrokiem jakiegoś znaku, pociąga nosem. Tu domy są zwykle otwarte, więc każda tego rodzaju przeszkoda wydaje się podejrzana. Wchodzi jednak śmiało do środka, nie chcąc pokazać po sobie, jak bardzo spociły jej się ręce. Masywne drzwi domu kolekcjoner-artysta otwiera siedmioma kluczami. Przepuszcza ją przodem, zaprasza z uśmiechem, co może jej się w końcu stać? W środku panuje półmrok. Zamknięte okiennice chronią wnętrze domu przed mocnym południowym słońcem. Karolina niepewnie przekracza próg męskiego świata, zaludnionego przez egzotyczne zwierzęta – czarne skórzane kanapy, jeszcze bardziej imponującą kolekcję starych aparatów, kolekcję fajek wodnych za szkłem i sztyletów wiszących na ścianach, afrykańskie meble, stoły z mozaiki, proste i piękne, na środku salonu stoi zaś lśniący w przytłumionym świetle lamp Harley. Obsesyjne zbieractwo w najlepszym stylu. Spektakl, tak charakterystyczny dla tych stron, choć jego elementy dosyć nietypowe. Długo chodzą po domu. Oglądają każdy przedmiot z uwagą. Każdy ma przecież swoją historię, najpewniej z dreszczykiem. Stara broń, zgrzytające złowrogo machiny, wyposażone w zestaw reagujących na najmniejszy ruch ostrzy.

I może to ją nawet przygnębia, ten cały uruchomiony na jej cześć taniec materii, a może to ją nawet wprowadza w nastrój, ale obiecała sobie uciec stamtąd w pośpiechu, pozostawiając po sobie jedynie zapach, żadnego smaku. Wycofuje się rakiem. Zapamiętała drogę. Zostawiła nitki, rzucała kamyki, żeby się nie pomylić i nie trafić potem w ślepy zaułek. Nieco odurzona, trochę zła. Tęskniąca rzekomo za normalnością. A czymże jest normalność? Normalność to dystans – powtarza – dystans... W powietrzu obok drobinek kurzu, podniesionych niecierpliwym lotem sztyletów, zawisło pytanie: co dalej?


wtorek, 07 października 2008
jesienny powiew wyspiarskiego lata 2

Karolina Południowa wciąż w objazdowej misji po greckich wyspach. Dziś grzebie bosą stopą w czarnym cypryjskim piachu. Żadna długa noc nie jest jej straszna. Czuwa, by wczesnym rankiem, błyszczącym w słońcu i chłodnym, ocienionym winoroślą, siedzieć na krześle w absurdalnych oparach porannego fado, którym właściciel tawerny - Portugalczyk żegna starych, witając nowych gości. Camané: Sei de um Rio...

Tu wszystko jest prawdziwe, pisze, raz po raz zaciskając zęby na stępionym ołówku. Pomidory są prawdziwe, nawet pomidory są tu brzydkie, a nie ładne - wspomina zakupy na pobliskim targu, zawsze po zachodzie słońca, kiedy sprzedawcy zwożą zbiór minionego dnia. Och, zamawia baklawę do porannej kawy. Rozkosz. Wszystko, co kojarzy jej się z tą wyspą, zamyka w słodkim smaku. O cudownej ciężkiej słodyczy comandarii będzie jeszcze kiedyś śniła, próbując ugasić pragnienie ostatnią kroplą, która przytuliła się do dna butelki w kształcie kiści winogron. Nie zbierane, usychają w palącym cypryjskim słońcu na krzakach. Comandaria to rozkosz starości, przejrzałego owocu, zapomnienia, opuszczenia. Albo sudzuko. Słodkie liany ze sznurka, migdałów, orzechów i gęstego, stygnącego powoli, winogronowego syropu. Obok - obsypane cukrem pudrem galaretki z Lefkary. I koronki, koronki, słodki chleb, słone jezioro, które wysycha. A jednak. Słony smak suszy... Jak zwykle pozdrawia i przesyła kilka zdjęć.



CYPR
(do kliknięcia)

 



(schody, schody, schody, schody... jak w Casino de Paris...)



niedziela, 28 września 2008
jesienny powiew wyspiarskiego lata

Podczas gdy z dala od ciepłych mórz na drzewach pękają z niemocy węgierki, na wrzosowiskach schną ostatnie w sezonie grzyby, a czarny bez ciężarem dojrzałych owoców ciągnie gałęzie ku ziemi, Karolina Południowa w promieniach zachodzącego słońca oblatuje greckie wyspy. Zaopatrzona w posążek Afrodyty, niepokojąco dyndający u jej szyi, który to talizman potrafi zaczarować każdego cerbera, niepostrzeżenie wkracza w mury starożytnego miasta Rodos, na wyspie Rodos. Wysokie obcasy jej pantofli, zamiast uwodzicielsko stukać, grzęzną w bruku, sklejonym przed setkami lat z drobnych kamyczków. Zmuszona jest dalszą drogę pokonać boso, co tylko nada jej kocim ruchom charakter niewymuszony oraz wymasuje zmęczone stopy. Karolina Południowa przybywa do miasta Rodos w jednej z tych tajnych misji, dzięki którym głodne dzieci zostaną nakarmione, na świecie zapanuje pokój, a do tej pory nieprzekonani przekonani zostaną, czas zaś będzie uciekał jakby wolniej i wreszcie zawieje lodos. Uśmiechając się delikatnie, jak zwykle efemeryczna, będzie się pięła wąskimi uliczkami, tropiąc ślady, jakie pozostawiły po sobie nie tylko starożytne cywilizacje. Będzie przysiadać na wystawionych przed domami krzesłach, dotykać murów, wabić podwórkowe koty, przyglądać się oplecionym trawą i zielskiem kamieniom. W wolnej chwili spojrzenie skieruje w stronę północnego morza, marząc o szarpiącym cieniami sztormie, który mógłby ją uwolnić od przepychu tego jesiennego lata w pełni. Na razie jednak korzysta z jego owoców, ile się da, nie zgłaszając sprzeciwu, kolekcjonując widoki, smaki i zapachy. Przesyła pozdrowienia i kilka zdjęć.


RODOS
(do kliknięcia)