agni_eszka_sz_effel.blox.pl: o literaturze, architekturze, kulturze... i kinie, kinie, kinie...
O autorze
Zakładki:
Architektura-czytelnia
Architektura+dialog i przyjaciele
Bb.gender
B.latynosi i in.
BLOGI
Edukacja
Fotografia
Gazety
GutekWorld
Kino-festiwale
Kino-magazyny
Kino-osoby
Kino-serwisy
Książki
Miejsca
W sieci
Zwierzaki
statystyka
sobota, 12 czerwca 2010
równość ponad podziałami

Dziś w Babilonie (tvn24) gościem programu była m.in. żona kandydata na prezydenta Janusza Korwina-Mikkego - Małgorzata, matka sześciorga dzieci, gospodyni domowa. Zgodziła się z poglądami męża, że feministki to nie kobiety. Na pytanie Magdaleny Środy: czy wobec tego ja według pani nie jestem kobietą? - odpowiedziała (cytuję z pamięci): Nie znam pani na tyle dobrze, żeby się wypowiadać w tej kwestii. Natomiast Monika Płatek, wymachując konstytucją, pogratulowała pani Małgorzacie: Pani mąż jest prawdziwym feministą - opowiada się za równością kobiet i mężczyzn wobec prawa, co jest zapisane w konstytucji. O nie, nie! niemal krzyczała do mikrofonu pani Małgorzata, prostując: Mój mąż nie jest feministą, jest mężczyzną, pani się myli! Wyjaśniła też, że równość kobiet i mężczyzn polega na tym, że mają możliwość spełniania się w przypisanych swojej płci rolach. 
Obecnym w studiu kobietom oczy otwierały się coraz szerzej.  

Tagi: babilon
18:35, pravdan , kobiety
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Kobieta z wody i miodu

Dzisiejsza GW:

"Ponad 80 tys. pielgrzymów przyjechało w sobotę na XV Ogólnopolskie Spotkanie Młodych na Lednicy. 

Przyjechali z Polski, Czech, Francji, Portugalii, Białorusi, Ukrainy. Czuwanie modlitewne odbywało się pod hasłem "Kobieta - dar i tajemnica". Ojcowie dominikanie żartowali, że to nowoczesna promocja kobiety w polskim kościele. (...)

Przy wejściu rozdawano słoiki z miodem. - Kobieta jest słodka jak miód. Cóż lepiej może wyrazić istotę, słodycz i misterium kobiety niż właśnie miód z polskiej pasieki? - wyjaśniał pomysł o. Jan Góra, twórca lednickich spotkań. Miód wręczano tylko mężczyznom.

Młodzi przez cały dzień modlili się, śpiewali, tańczyli, a także oklaskiwali skoczków spadochronowych, którzy - jak zapowiedział o. Jan Góra - skoczyli, żeby uczcić pamięć ofiar pod Smoleńskiem. Na zakończenie spotkania wszyscy przeszli przez bramę w kształcie ryby".

Lednica, miód i tajemnica kobiet >>


(to jest czysty zbieg okoliczności, że nie cierpię miodu)



niedziela, 07 marca 2010
Środa łączy

Ostatnio czytałam projekt/prośbę o dofinansowanie pewnej wystawy. Napisano tam m.in., że (cytuję) wystawa będzie miała szczególne znaczenie dla młodego pokolenia. Że będzie źródłem wiedzy dla młodych ludzi na temat ważnej postaci kultury – wybitnego twórcy, którego życie i twórczość może zainspirować i być wzorem do naśladowania. Co to za retoryka?! pomyślałam. Pewnie gremium przyznające granty pochodzi z pokolenia moich dziadków. Czy w dobie relatywizmu i dekonstrukcji autorytetów młode pokolenie, jakiekolwiek pokolenie, pokolenie? zechciałoby kogokolwiek stawiać sobie za wzór do naśladowania? Jakiś straszny anachronizm bił z tego tekstu. Nie do przyjęcia.

A jednak.

To znaczy: a jednak takie wzory istnieją, ja mam taki wzór, i wielką tęsknotę do wzoru.

Cieszę się, że Magdalena Środa, która jest dla mnie wzorem cudownej, mądrej, niebanalnej – jak sądzę też pełnej sprzeczności - kobiecości, została Polką Roku. I choć trochę mnie ten patos uwiera, ten mój bezkrytyczny stosunek do wzoru - radość jest szczera, i podziw, i wiem, jak mi do wzoru daleko. Środa powtarza, że solidarność – która dziś jest dla niej wartością najwyższą – kobieca solidarność to rzecz praktykowania. Solidarność kobiecą należy, wypada, warto praktykować. Trudne, ale pewnie nie niemożliwe. Środa łączy.

Mówi Środa: „Gdybym dziś jako etyk szukała jakiejś wartości do analizy, tobym wybrała solidarność. Z historycznego punktu widzenia solidarność zastąpiła dawne braterstwo i przyjaźń. W Grecji przyjaźń była wartością publiczną, polityczną. Zarówno przyjaźń, jak i braterstwo wymagają bycia w sferze publicznej - świetnie opisuje to Jan Jakub Rousseau w 'Liście o widowiskach'. Solidarność jest podobną wartością. Definiuję to tak - jest to rodzaj więzi, która powstaje między ludźmi w celu wyartykułowania pewnych potrzeb i interesów. Tak jest, ale zastanawiam się, na czym polega skuteczność tej więzi, i według mnie polega ona - zwłaszcza w Polsce - na historii, na pamięci tego, co było. Mężczyźni mają taki pozytywny bagaż, tę pamięć, która ich spaja, nadaje sens, daje język, mity, historię, narrację, wszystko. Jedno powstanie, drugie powstanie. Jakie to męskie. Kobiety tego nie mają. Jeśli wpisze pani do komputera 'siostrzeństwo', to pojawi się czerwony wężyk, bo to słowo nie istnieje. Kobieca przyjaźń - co to właściwie jest? Z solidarnością jest podobnie. Kobiety nie mają praktyk, nawyków bycia w sferze publicznej, nie mają instytucji, swoich powstań, pamięci, więc nie są solidarne. Nie umieją jeszcze być. Kiedy byłam jeszcze w parlamencie, wieczorem był jakiś bankiet w knajpie połączony z degustacją whisky, było tam strasznie dużo polityków. Weszłam i przeżyłam szok. Widzę Giertycha, Kalisza i inne opcje, sami faceci, wszyscy przy jednym stoliku piją whisky w świetnej komitywie. A kobiety w separacji - albo ze swoimi mężami, albo od razu za komórkę i wracają do domu. Ale tę solidarność kobiet można odtworzyć, i to nie tylko w grupie przyjaciółek, stąd różne przyjazne inicjatywy. Mam obsesję łączenia kobiet”.

Wypisy ze Środy można by mnożyć:

Każde zwierzę ma pragnienia, cierpi, komunikuje się, można je zranić. Jestem zwolenniczką etyka Petera Singera, który napisał książkę o wyzwoleniu zwierząt, uznając, że wszystkie nieszczęścia zwierząt biorą się z tzw. szowinizmu gatunkowego ufundowanego przez tradycje europejskie takie jak chrześcijaństwo czy kantyzm. Tradycje, które radykalnie oddzielają wartość życia ludzkiego - rzekomo świętą - od wartości życia zwierząt, które mają być po prostu użyteczne.
Uważam, że ci, którzy tak dzielnie bronią zapłodnionych komórek, są przeciwnikami aborcji, a teraz też in vitro, najczęściej nie dostrzegają, że ta zapłodniona komórka ma dużo mniejszą wartość niż, jak mówi Singer, biedny stary pies.
Wiem, że to pogląd strasznie niepopularny. Godność to jest pojęcie bardzo ludzkie, uwikłane w kulturę. Ale jeśli robotnicy domagali się godności w postaci praw, to zwierzę też ma swoje prawa, każda istota je ma. Nie dlatego, że - jak mówi chrześcijaństwo - ma nam służyć. Koń ma swoje prawa niezależnie od tego, czy myśli, czy nie, czy jest potrzebny, czy jest niepotrzebny, on je ma. I to nie jest tylko prawo do istnienia, ale też do bezpieczeństwa, do tego, żeby nie cierpieć i żeby mieć udane życie. (...)

Mężczyźni wszystko już powiedzieli, cała polityka, kultura jest ich. Wiem, co mają do powiedzenia, mogę ich czytać, ale przebywać wolę z kobietami. Kobiety mają więcej rzeczy niewypowiedzianych i to jest ciekawe. Mężczyźni tylko bronią tego, co mają, a kobiety mają niewiele i dopiero zaczynają to rozumieć, zdobywać. Kiedyś prowadziłam zajęcia na Gender Studies z etyki życia prywatnego - o miłości, seksie, ojcostwie, macierzyństwie, etyce seksualnej itd. Pamiętam, że grupa kobiet na początku była bardzo sceptyczna, patrzyły na mnie podejrzliwie. A po roku nie mogły się rozstać, zajęcia przeciągnęły się aż do lipca. Potem spotykałam je w różnych miejscach. Bardzo się uaktywniły, usamodzielniły. Wiem, że to fatalnie zabrzmi, ale jedna, druga się rozwiodła, założyła biznes, zrzuciły różne okowy. To taka historia Molierowska, z 'Mieszczanina szlachcicem' - nagle bohater odkrywa: 'Nie wiedziałem, że mówię prozą'. Czasem jedno spotkanie czy kurs wendo wystarcza, żeby te kobiety zrozumiały, że 'mówią prozą'. I to jest fantastyczne. W środowiskach kobiecych czuje się tę iskrę, która może wywołać wielkie zmiany. (...)

Pamiętam wielki atak na mnie, kiedy napisałam, że kobiety powinny dłużej pracować, jeśli chcą mieć równą emeryturę. A poza tym nie powinny traktować ciąży jak zakaźnej choroby. Kobiety w Polsce są pierwsze w Europie, jeśli chodzi o branie zwolnień na ciążę. Kiedy byłam w ministerstwie, dziewczyna w drugim tygodniu ciąży odmówiła latania samolotem, jeżdżenia na konferencje itd.! Jeśli chcemy mieć takie same prawa, to musimy mieć takie same obowiązki. My nie jesteśmy narodem, który ma wysoki etos pracy, a ja jestem za etosem pracy. Uważam - wielu ludzi mnie za to potępi - że życie człowieka to jest praca. Ja sama nie wzięłam urlopu macierzyńskiego. Żeby różne sprawy sobie powyjaśniać, zaczynamy właśnie w Krytyce Politycznej seminarium na temat głównych nurtów feminizmu”.

Wywiad Katarzyny Bielas z Magdaleną Środą WO >>



czwartek, 04 marca 2010
śledzę


Główne nurty feminizmu 1 - Pradziadkowie – czyli liberalne i marksistowskie początki myśli feministycznej

prowadzenie: Magdalena Środa, Anna Dzierzgowska

seminarium do słuchania >>

do czytania:

John Stuart Mill: Poddaństwo kobiet >>
Fryderyk Engels: Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa >>


Tagi: feminizm
14:53, pravdan , kobiety
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010
fala za falą

Główne nurty feminizmu - seminarium KP >>

Środy 16.00 - 18.30 co 2 tygodnie, 7 spotkań  

PROGRAM

I. 24 lutego – Pradziadkowie –   czyli liberalne i marksistowskie początki myśli feministycznej.

Lektury: John Stuart Mill Poddaństwo kobiet oraz Fryderyk Engels  Pochodzenie rodziny,  własności prywatnej i państwa (omawiamy część o rodzinie)

(polecamy obie książki w całości, ale fragmenty można znaleźć na stronie KP).

Spotkanie przygotowują Magdalena Środa i Anna Dzierzgowska.

Uwaga: Engels jest dostępny online tu:
http://www.marxists.org/polski/marks-engels/1884/pochodzenie/02.htm  

II. 10 marca – Prababki – czyli polskie emancypantki i sufrażystki

Lektura: antologia pod redakcją Anety Górnickej Boratyńskiej Chcemy całego życia, Warszawa 1999 (ze szczególnym uwzględnieniem tekstów Elizy Orzeszkowej, Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit i Zofii Nałkowskiej)

Spotkanie przygotowują  Joanna Piotrowska, Anna Czerwińska, Katarzyna Bratkowska oraz gościni specjalna: Katarzyna Sierakowska, autorka książki o polskich sufrażystkach.

III.  24 marca  –   Gorszycielka –   spotkanie o Irenie Krzywickiej

Lektury – wybrane felietony obyczajowe, reportaże o sprawie Gorgonowej, kilka wypowiedzi o literaturze (teksty dostępne na stronie KP).

Spotkanie przygotowuje Agata Zawiszewska. Wsparcie: Katarzyna Bratkowska i Kazimiera Szczuka.

Uwaga - lektury dodatkowe, polecane przez prowadzącą: I. Krzywicka,  Kontrola współczesności, wyb. A. Zawiszewska, Warszawa 2008; I. Krzywicka Wyznania gorszycielki (wydanie dowolne); I. Krzywicka, Pierwsza Krew (KP); A. Krzywicki Diabelski młyn, Warszawa 2005; A. Tuszyńska Długie życie gorszycielki (są dwa wydania: Warszawa 1999 i Kraków 2009); A.Górnicka-Boratyńska Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji (1863-1939), Izabelin 2001 (tu rozdział o Krzywickiej). 

IV. – 7. kwietnia –   „Kobieta jest Innym”   – spotkanie o Simone de Beauvoir


Lektura: Simone de Beauvoir Druga płeć (Warszawa 2003)

Spotkanie przygotowują: Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka.


V. – 21 kwietnia – Mistyka i mistyfikacja – czyli o Betty Friedan i amerykańskim feminizmie liberalnym II fali

Lektura: Betty Friedan Mistyka kobiecości (obszerne fragmenty The Feminine Mystique w przekładzie Agnieszki Grzybek)

Spotkanie przygotowują: Agnieszka Graff i Agnieszka Grzybek.

UWAGA: po spotkaniu dla chętnych projekcja filmu dokumentalnego Town Bloody Hall (1971), miejsce do ustalenia.  

VI. – 12 maja – Prywatne jest polityczne – czyli feminizm radykalny

Lektury: Antologia
Nikt nie rodzi się kobietą, red. Teresa Hołówka, Warszawa 1982 (ze szczególnym uwzględnieniem tekstów Kate Millett, Sherry B. Ortner, Pat Mainardi), Audre Lorde, Nie zdemontujesz domu pana…, Jo Freeman, Tyrania braku struktur  

Spotkanie przygotowują: Bożena Keff, Agnieszka Graff, Kinga Dunin.

Uwaga: polskie przekład  tekstów Millett, Ortner i Lorde dostępne są online na stronie Think Tanku Feministycznego:

http://www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny/readarticle.php?article_id=209

http://www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny/readarticle.php?article_id=172

http://www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny/readarticle.php?article_id=116

Jo Freeman jest tu:

http://www.przeglad-anarchistyczny.org/biblioteka/18-ruch-w-teorii/152-tyrania-braku-struktur


VII. – 26 maja – Kobiety jako przedmiot wymiany – czytamy Irigaray


Lektura: Luce Irigaray Rynek kobiet, tłum. Agata Araszkiewicz, [w:] Przegląd filozoficzno-literacki, nr 1(13)2003, s. 15-30.

Spotkanie przygotowują: Katarzyna Bratkowska i Katarzyna Nowakowska. 

Koordynatorki cyklu: Agnieszka Graff, Kazimiera Szczuka, Magdalena Środa.



Tagi: feminizm
09:10, pravdan , kobiety
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009
Entuzjastki poszły w Polskę

14 listopada w Świetlicy Krytyki Politycznej w Trójmieście przy ul. Nowe Ogrody 35 w Gdańsku (II piętro, vis a vis Szpitala Wojewódzkiego) odbędzie się pokaz filmu „Podziemne państwo kobiet” filmowej grupy Entuzjastki. Na razie godziny nigdzie nie mogę znaleźć. Filmowi jak zwykle będzie towarzyszyć dyskusja, w której wezmą udział: Kinga Dunin, Ewa Graczyk, Natasza Szutta oraz Małgorzata Tarasiewicz. Spotkanie poprowadzą Katarzyna Fidos i Marcin Chałupka.

Film już widziałam w Warszawie, ale nie mogłam zostać i posłuchać dyskusji, a one są najciekawsze, bo to jest film na pewno prowokujący. To była któraś już z kolei projekcja w stolicy. Podobno po premierze w połowie października, po której w Muranowie spotkały się Agnieszka Holland, Joanna Kluzik-Rostkowska, Izabela Jaruga-Nowacka, Helena Łuczywo i Agnieszka Grzybek, zawrzało, zabulgotało jak w garze czarownicy. Jestem pro-choice, film mnie nie zaskoczył. Składa się na niego historia przegranej sprawy, opowiedziana przez działaczki ruchu kobiecego, walczące o zmianę „kompromisowej” ustawy antyaborcyjnej i co najważniejsze - historie osobiste, opowiadane przez kobiety, które dokonały aborcji w podziemiu. O przegranej wojnie o język, na której giną kobiety, czytałam u Agnieszki Graff w świetnym tekście „Znikająca kobieta – czyli polskie rozmowy o prawie do aborcji” (Świat bez kobiet, WAB II wydanie z 2008). Bardzo polecam też doskonałą i przejmującą książkę Kazimiery Szczuki „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji” (WAB 2004), którą połknęłam jak słodko-gorzką pigułkę w jeden dzień, o historii ruchu pro-choice w Stanach, Francji i w Polsce. 


Dyskusja na łamach Feminoteki:

Wanda Nowicka:

Odczuwanie dylematów moralnych oznacza przede wszystkim to, że kobieta jest podmiotem moralnym, tzn. jest zdolna do podejmowania decyzji i ma prawo podejmować decyzje moralne, tzn. że musi wybierać między różnymi wartościami, jak chcą niektórzy, między mniejszym i większym złem, jak mówią inni. Nikt nie twierdzi, że zdolność i prawo do podejmowania decyzji, bardzo często niezwykle trudnych, czyni nas szczęśliwszymi. To tylko czyni nas podmiotami, dzięki czemu mamy kontrolę nad naszym życiem, ale też ponosimy konsekwencje, nie zawsze przyjemne, własnych decyzji. 

Dlatego też w publikacjach i działaniach Federacji domagałyśmy się raczej prawa do decydowania, niż prawa wyboru, bowiem wybór zakłada aspekt pozytywny, że wybieramy między pożądanymi dobrami, o czym w przypadku aborcji trudno mówić. Tymczasem decyzja zawiera w sobie wszystkie negatywne aspekty decydowania o sobie i swoim życiu, to jest że często musimy podejmować decyzje niezwykle trudne przy bardzo ograniczonym wyborze.

więcej >>>


Agnieszka Grzybek:

Podziemne państwo kobiet ma szansę odegrać rolę katalizatora zmiany. Wiele, wiele lat temu Betty Friedan, ikona amerykańskiego feminizmu, stwierdziła, że język debaty publicznej o prawie do aborcji zmieni się dopiero wówczas, kiedy kobiety przemówią własnym głosem, kiedy zaczną mówić o swoich doświadczeniach (jej słowa przytaczam za książką Agnieszki Graff Świat bez kobiet). I nie chodzi tu bynajmniej o spektakularne coming outy aborcyjne, chodzi o podzielenie się z innymi własnymi przeżyciami, o powiedzenie, jak jest naprawdę. W Polce na wiele lat ta możliwość została kobietom odebrana. Zostały zepchnięte do podziemia, relegowane do strefy wstydu, mroku i milczenia. Jedna z komentatorek występujących w filmie – Rebecca Gomperts, założycielka holenderskiej fundacji „Kobiety na falach”, która w 2003 roku przypłynęła do Polski na statku Langenort, by przeprowadzić kampanię na rzecz prawa do wolnego wyboru, celnie zauważyła, że polscy ustawodawcy postąpili nader sprytnie, decydując się na niekaranie kobiet, lecz karanie osób pomagających im w przerwaniu ciąży, w ten sposób odcinając kobiety od pomocy i poczucia elementarnego bezpieczeństwa. Kobiety zostały ze swoim problemem same. Wszyscy umyli ręce. Były, oczywiście wcześniej próby upublicznienia głosów kobiet, ale choćby i najcenniejsze wydawnictwa organizacji pozarządowych pozostaną niszowe i nie przebiją się do szerszej publiczności. Dlatego ten film, pokazywany w wielu miastach w Polsce, który być może trafi do stacji telewizyjnych, a na pewno do Internetu, ma szansę zmienić tor debaty o aborcji w Polsce.

(...) mamy teraz Podziemne państwo kobiet, które jest szansą na budowanie poparcia dla zmiany ustawy. Warto tę okazję mądrze wykorzystać, warto pozyskiwać, a nie zrażać potencjalne sojuszniczki i sojuszników, warto posłuchać, co jest na skali między pro choice i pro life, i tam szukać wsparcia. Wsparcia albo dla obywatelskiego projektu ustawy o świadomym macierzyństwie albo dla referendum w sprawie prawa do przerywania ciąży.

więcej >>>


Kasia Michalczak:

Miałyśmy porozmawiać o tym, że aborcja w Polsce JEST. Bo my nie mamy rozważać, czy też by może tę aborcję tak sobie wprowadzić. Film Ani i Claudii pokazał to, co wszystkie dobrze wiemy: że aborcja jest powszechnie w naszym kraju przeprowadzana. Co więcej, pokazał właśnie, że „przyczyny społeczne” to nie tylko cieknący dach, brak butów na zimę i mąż alkoholik. Ten film pokazał, że są kobiety, które robią ją sobie nie dlatego, że „nie mogą” mieć dziecka, tylko dlatego, że go NIE CHCĄ. Jak słusznie zauważyły panie zaproszone na debatę, są to też kobiety inteligentne, a więc, dzięki dostępnym im osiągnięciom wiedzy medycznej potrafiące ogarnąć umysłem to, co się dzieje w ich brzuchu; umieją doskonale przedstawić sobie, że nowy byt rozwijający się w ich macicy to potencjalny, że odwołam się do popularnej zagadki obrońców i obrończyń życia poczętego, Beethoven. I mimo to aborcja jest dla nich mniejszym złem.

więcej >>>



środa, 23 września 2009
dizajnerki

Dziś podczas London Design Festival odbędzie się premiera książki „Discovering Women in Polish Design: Interviews and Conversations”, wydanej przez Instytut Adama Mickiewicza w ramach POLSKA! YEAR. Autor publikacji - Gian Luca Amadei, redaktor brytyjskiego magazynu "Blueprint" poświęconego wzornictwu i architekturze, przeprowadził wywiady z 19 Polkami, zajmującymi się dizajnem: projektantkami, dziennikarkami, dyrektorkami instytucji promujących wzornictwo. Rozmowy układają się w szczegółową analizę dynamicznie rozwijającego się polskiego dizajnu.

http://www.womenindesign.pl/


sobota, 19 września 2009
kit tygodnia czyli "damski punkt widzenia"


Nowy program Piotra Marciniaka w TVN 24, reklamowany jako ten ujawniający "damski punkt widzenia", obejrzałam. Ale nie wiem, po co. Po co w ogóle oglądać telewizję, zastanawiałam się po raz kolejny „po”. Nie wiem. Przed ekran zwabiła mnie formuła – dziennikarz-mężczyzna, co chyba tu waży na fali parytetowych dyskusji, spotyka się w studiu z czterema kobietami, komentującymi aktualne wydarzenia, wśród nich jest moja ulubiona Magdalena Środa, traf chciał, że akurat dzisiaj jej nie było (w zastępstwie wystąpiła przedstawicielka Feminoteki). Być może z tego powodu nic ciekawego z mojego spotkania z Babilonem nie wyszło. Chociaż... Oprócz Środy stałymi komentatorkami są posłanka PO Joanna Mucha, filozofka Agata Bielik Robson i Małgorzata Sadurska z PiS. Program trwa 40 minut.

Najpierw byłam zdziwiona scenografią. Studia w TVN 24 są zwykle dosyć neutralne kolorystycznie, głównie skąpane w błękicie. Ludzie siedzą na prostych fotelach lub za wysokim stołem. Tu mamy prowokacyjny wściekle różowy dywan, a na nim dosyć sztywną kanapę, ale za to z różowymi poduszkami. W tle jakieś kolorowe mazu-mazu i czarne postaci kobiece, jakby wyjęte z czołówki Bonda. Ale to jeszcze nic. Program zaczyna się muzyczką jak z czili-klubu i ta muzyczka plumka cały czas z offu, mimo że „panie” podejmują w tym czasie tematy ważkie i wcale nie biesiadne – śmierć górników w kopalni Wujek-Śląsk, czy problem z tarczą antyrakietową. To plumkanie jest nieziemsko irytujące.

Klu programu zdaje się być wyłonienie hitu i kitu tygodnia - zdaniem komentatorek. Najlepiej jak coś jest i hitem i kitem i można się o to pospierać. To typowa konfrontacyjna strategia telewizyjna. Do tego dochodzi tematyczny misz-masz, brak czasu, żeby dotknąć sedna omawianych kwestii, nacisk na ową konfrontację, trudny do zdefiniowania charakter programu - poważny? rozrywkowy? - wynikiem ogólny chaos. Gorzej jeszcze, bo „panie” polityczki z PO i PiS nie za wiele mają do powiedzenia ponad to, co i tak płynie gęstym strumieniem z ust ich kolegów partyjnych na co dzień, co znamy i nie chce nam się już tego słuchać. A pozostałe „panie” próbują się przez ten strumień przebić z jakimiś pomysłami na dyskusję. Niestety na kontynuację podobnych przebić nie ma już czasu, bo oto na wielkim ekranie pokazuje się popiersie polityka-mężczyzny, któremu rozszczebiotane kobiety (Mucha niemal podskakuje na kanapie i klaszcze w dłonie, kiedy Marciniak podaje wiadomość z ostatniej chwili o odwołaniu Farfała ze stanowiska prezesa TVP, Marciniak: Kto klaszcze, kto klaszcze? Operator nie zdążył zrobić zbliżenia) mogą zadać po jednym pytaniu. Teraz było nim popiersie Leszka Millera, czołowego macho polskiej polityki. Pytania, może i niegłupie, są od sasa do lasa, a odpowiedzi tak stereotypowe, jak to tylko sobie wymarzyć można w najśmielszych snach. No cóż, telewizja. Rację ma niestety Piotr Pacewicz, piszący o upadku telewizyjnego dziennikarstwa.

Z Babilonu wyszła dziś baba z brodą. Dziwadło. Czyli jak zwykle. Środo, wróć! Dam mu drugą szansę.

emisja w soboty g. 13.00 TVN 24


piątek, 18 września 2009
TAK w 3m i na bloxie

Trójmiejska Akcja Kobieca jest niezależną inicjatywą na rzecz praw kobiet, która powstała w marcu 2009 roku. Jej celem jest przeciwdziałanie dyskryminacji kobiet w życiu publicznym i wspieranie zrównoważonego udziału obu płci w każdej sferze życia. Misją Trójmiejskiej Akcji Kobiecej jest budowanie tolerancyjnego społeczeństwa, otwartego na równość i różnorodność.


sobota, 15 sierpnia 2009
odświętnie czyli Madonny i Rycerze


Muzyka „dzisiejszego dnia” chyba nigdy dotąd nie była tak kakofoniczna. Dyskusje o powadze bądź niepowadze tej mieszanki - nigdy dotąd równie zażarte. Wczoraj w Skanerze politycznym (tvn24) wypowiadali się na ten temat Michał Karnowski (Dziennik) i Sławomir Sierakowski (Krytyka Polityczna). Lubię ten program, szczególnie gdy prowadzącym jest Maciej Knapik, zwykle reporter sejmowy, ale od jakiegoś czasu coraz częściej studyjny. Knapik jest postacią w porównaniu do innych telewizyjnych prezenterów trochę nietelewizyjną, nieutemperowaną, często ujawniającą emocje, o żywej mowie ciała. Niemal za każdym razem macha widzom przed nosem pomarańczowym długopisem BIC, zdarza mu się podczas wypowiedzi zasłaniać ręką usta, a także nazwać Michała Karnowskiego Jackiem. Słabostki Knapika tylko dodają programowi kolorytu. No, więc w całym tym wczorajszym przekładańcu – co jest ważne i ważniejsze i dla kogo – Sierakowski, słuchając cytowanych przez Knapika wypowiedzi polityków m.in. Joachima Brudzińskiego (PIS): Nie rajcuje mnie ta pani w słusznym wieku (o Madonnie, lat 51), powiedział, że tak naprawdę to najważniejsza jest Anna Walentynowicz i jej 80-te urodziny (13 sierpnia). Dziś przy śniadaniu przez przypadek (choć nic nie dzieje się przez przypadek) przeczytałam coś bardzo, jak się okazało, „na okoliczność” tej rocznicy, ale i ostatnich dyskusji na temat parytetu. Będę cytować w obszernym fragmencie, bo rzecz jest świetnie napisana, a i do dzisiejszych świąt jak znalazł dopasowana.

Agnieszka Graff w tekście „Patriarchat po Seksmisji”, opublikowanym w GW w 1999 roku, a umieszczonym potem w zbiorze „Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym” (wyd. 2, Warszawa 2008), zastanawia się nad (nie)obecnością kobiet w polityce i stawia nadal obrazoburczą tezę, że „(...) wielki zryw wolnościowy, jakim była Solidarność, stanowił na planie symbolicznym akt przywrócenia porządku patriarchalnego, który system totalitarny zaburzył”. Pisze tak:

(Prawdziwy Mężczyzna w świecie kobiet)

„Przekonanie, że kobiety nie powinny się mieszać do polityki i że poważne traktowanie ich problemów szkodzi demokracji, nie jest, według mnie, tak nowe (...). W naszej kulturze politycznej poprzedziło ono przełom demokratyczny niemal o dekadę, stanowiło jeden z zasadniczych wątków etosu opozycji antykomunistycznej. Ten zaś wywodzi się z etosu powstańczego i jest głęboko zanurzony w myśleniu romantycznym.

(...) Okres 'komuny' często bywa opisywany jako wstydliwa przerwa w życiu polskiego społeczeństwa. Ten wstyd ma głęboki związek z płcią, w naszej zbiorowej pamięci bowiem PRL to czas upodlenia, udomowienia, symbolicznej kastracji polskich mężczyzn. Nie przypadkiem czytelną dla wszystkich alegorią tego okresu stał się film Juliusza Machulskiego „Seksmisja”. Bo wedle naszej narodowej opowieści było tak: Dawno, dawno temu mieliśmy dzielnego wojownika, ojca rodziny, rycerza, słowem, Prawdziwego Mężczyznę. A potem stała się rzecz straszna. Komuna – ta wiedźma! ta dziwka! - wysłała go na emigrację wewnętrzną, z Prawdziwego Mężczyzny robiąc działkowicza, majsterkowicza, pantoflarza. Zamknięto go w paranoicznym 'babskim świecie', gdzie 'zrób to sam' oznaczało 'zrób szafki do kuchni'. Owszem, ten nowy, skundlony, wykastrowany mężczyzna mógł działać politycznie, ale to oznaczało służalczość, karierowiczostwo, konformizm, upodlenie ostateczne. A Kobieta? Kobieta – powiada narodowa baśń – walczyła o byt. O zakupach mówiło się jak o 'polowaniu', choć nadal pozostawały one w gestii kobiet. Nie chodziło bowiem o to, by zakupy stały się domeną mężczyzn, lecz o to, by zasygnalizować, że realny socjalizm jest sytuacją 'nienormalną', światem, który stoi na głowie. Światem, w którym – o zgrozo! - polują kobiety.

W społeczeństwie głęboko patriarchalnym, a takim właśnie nasze społeczeństwo było i pozostaje, opowieść o zamianie ról płci jest najklarowniejszą metaforą chaosu: właśnie dlatego naszą narodową opowieść o absurdzie systemu komunistycznego najpełniej wyraziła opowieść o Seksmisji. Ta wizja polskiego społeczeństwa za komuny przewija się także w opracowaniach prasowych i naukowych. Mit o władzy kobiet za PRL-u zagnieździł się w naszej mentalności jako prawda oczywista, a film, który dał temu wyraz, stał się dziełem kultowym, oglądanym rytualnie.

Jeśli komuna zrobiła z polskiego mężczyzny 'babę', to za sprawą Solidarności mógł się on na powrót przeobrazić w mężczyznę. Tak, to były Męskie Sprawy, Męskie Rozmowy. Aby dać wyraz tym nastrojom, na murze strajkującej Stoczni Gdańskiej wymalowano napis: Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę. Hasło to nikogo wówczas nie oburzało, przeciwnie, mogło wzruszać jako przejaw robotniczego folkloru, a zarazem nawiązanie do języka walk narodowowyzwoleńczych. Oto mężczyźni znów 'walczą o Polskę'. Kobiety znowu płaczą, robią kanapki, posyłają do walki kolejnych synów. (...) W wydanej ostatnio książce „Damy, rycerze i feministki” Sławomira Walczewska interpretuje hasło z muru Stoczni w kategoriach rycerskiego kontraktu płci, jako napomnienie dla kobiet, że pora znaleźć się w roli dam: MY wam tę Polskę naszych wyobrażeń przyniesiemy do stóp, a WY nam wtedy dacie 'białej róży kwiat'.

(...) Czy ten powtarzany w rozmaitych wariantach gest wykluczenia był skuteczny? Odpowiedź zależy od tego, czy interesuje nas sfera faktów, praktycznych działań w czasach Solidarności, czy też sfera symboli, a więc język, w którym się te fakty ujmuje. Kobiety robiły w Solidarności bardzo wiele. Nie przypadkiem jednak przywódczynie podziemia (...) upierają się, że ich funkcja była czysto wspierająca, i jeśli chwilowo przewodziły, to tylko z konieczności spowodowanej aresztowaniem większości mężczyzn. Cokolwiek robiły, były gotowe wpisać swoje działanie w schemat, w którym walką jest to – i tylko to – co robią mężczyźni. One nie przeszkadzały. Robiły, co musiały. Pomagały. Tylko pomagały. (...).

(co się nie mieści w micie)

(...)Tak jak komunizm stał się w zbiorowej nieświadomości okresem Seksmisji, haniebnego uwięzienia w podziemnym świecie odwróconych ról, tak wyjście na powierzchnię stanowiło moment odzyskania męskości, odcięcia obmierzłej pępowiny. (...) Niezależnie od tego, co działo się w planie realnym, możemy uznać, iż w sferze symbolicznej, a co za tym idzie - w zbiorowej pamięci, Solidarność była wielkim męskim rytuałem przejścia.

Fakt, że historia Solidarności zaczęła się od sprawy Anny Walentynowicz, został z mitu tego ruchu właściwie wymazany, przetrwał gdzieś w tle, jako anegdota, swego rodzaju apokryf. Właściwym początkiem tej historii okazał się moment, w którym wąsaty Lech Wałęsa po męsku przeskoczył płot Stoczni Gdańskiej. W kulturze patriarchalnej realne kobiety nie mogą zaistnieć w zbiorowej wyobraźni jako podmioty działania, zamiast nich pojawia się za to kobiecość uwznioślona: Matka Boska w klapie marynarki Wodza, a także w pieśniach i wierszach z okresu Solidarności. Czarna Madonna, Królowa Polski. Ta odrealniona, odcieleśniona, ale przecież okaleczona kobiecość stanowi uświęcenie rewolucji, jej furtkę do sacrum. Ale patronka to jednocześnie zaprzeczenie przywódczyni. Jej obecność przypomina, że aby rytuał mógł się dopełnić, kobiecość realna – ta, która nie łączy dziewictwa z macierzyństwem i nie czyni cudów – musi być z mitu wyparta. Dlatego nie ma w naszej pamięci Anny Walentynowicz. Dlatego kobiety Solidarności nie 'walczyły', tylko 'robiły, co musiały'.

(inna bajka?)

W 1987 roku, jako siedemnastoletnia 'dziewczyna opozycjonisty', zostałam wbrew swojej woli wyniesiona na rękach z demonstracji, kiedy zaczęło zanosić się na pałowanie. Z jednej strony byłam wściekła, z drugiej jednak wiedziałam, że siniaki, jakie z tego boju wyniosą chłopcy, będą więcej warte w ich własnych, ale także w moich oczach, jeśli pozwolę się przedtem wynieść z placu boju. Wiedziałam, że jeśli 'nie będę przeszkadzać', podczas gdy oni 'walczą' o Polskę, spotka mnie za to nagroda. Dziś jestem przekonana, że starcia z milicją i późniejsze o nich opowieści stanowiły w środowisku NSZ rytuał, w którym tworzyła się męska tożsamość. 'Innym' wobec niej był nie tylko, a nawet nie przede wszystkim 'wróg', lecz właśnie pełna podziwu i stojąca z boku kobieta. Dając się wynieść z demonstracji, odegrałam – nie do końca świadomie, ale przecież bardzo sprawnie – scenariusz kulturowy pod tytułem 'damy i rycerze' (...). Zaplątałam się na moment w szeregi rycerskie, ale, przywołana do porządku, łatwo zgodziłam się wrócić do roli damy. Byłam po prostu łasa na profity, jakie niesie ze sobą szlachecko-rycerski kontrakt płciowy. Nagroda za udział w tej grze jest istotnie słodka. Walczewska wymienia tu widowiskowe gesty, opiekę, ochronę przed przemocą, ale może warto dodać także jasno określone granice własnej roli, pewność, że jest siętym, kim powinno się być.

Odgrywając niepokój, oczekiwanie i podziw wobec męskości swoich chłopców, dziewczyny z tego środowiska tworzyły zatem własną tożsamość kobiecą. Nie wykluczam, że do pewnego stopnia utożsamiałyśmy się z uwzniośloną, usakralnioną kobiecością związaną z mitem Matki Polki. Sądzę jednak, że miałyśmy do swojej kobiecej roli ironiczny dystans, którego chłopcom wyraźnie brakowało. Podczas gdy oni byli swoją męskością, a w każdym razie bardzo chcieli nią być, nasza kobiecość była w dużym stopniu maskaradą. I nie przypadkiem. Cechą specyficzną kobiecej tożsamości, która wytapia się w tyglu polskiego patriarchatu, jest przekonanie, że to wszystko to gra, fikcja i pozór. Jesteśmy przekonane o podskórnej słabości naszych mężczyzn. Wierzymy (jak dobrze jest w to wierzyć!), że to oni są w tej rozgrywce zależni od nas, że potrzebują uznania i potwierdzenia własnej ważności, a my im to wszystko zapewniamy. Dlatego – przynajmniej w fantazjach – zawsze panujemy nad sytuacją. (...) my, kobiety, możemy sprawować władzę dotąd, dokąd udajemy, że jej nie mamy. Wszystkie byłyśmy niedostrzegane. Społeczeństwo składa się z pozorów [Danuta Winiarska, kierowała podziemną Solidarnością w regionie lubelskim, posługując się marionetkową męską postacią, niejakim Abramczykiem].

W demokracji nie ma jednak władzy niewidzialnej. Społeczeństwo nie składa się już z pozorów. Dlatego kompensacyjny mit, że 'mężczyźni rządzą światem, a nimi kobiety', źle nam się przysłużył po przewrocie 1989 roku. Jeśli okres pierwszej Solidarności był jednocześnie czasem krystalizacji tożsamości mężczyzny-polityka, to sama demokracja ukonstytuowała się już jawnie – i realnie, a nie tylko w sferze symboli – jako męski świat. Jeden z obserwatorów stwierdził w czerwcu 1992 roku, że liberalny, europejski, nowoczesny polski parlament przypomina angielski klub, do którego wstęp mają tylko mężczyźni”.

(Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym, Warszawa 2008, s. 34-42)


przy okazji polecam:


20 MGNIEŃ WOLNOŚCI - wystawa, Instytut Sztuki Wyspa >
18 sierpnia - 20 września 2009

Video, instalacje, malarstwo, fotografia

Uwiecznione chwile Marii Larsson (2008) reż. Jan Troell
czyli szwedzka historia emancypacji, Cinemax >

poniedziałek, 20 lipca 2009
oczywista oczywistość


"Kiedy przed laty odwiedziła Polskę Susan Sontag, pytano ją oczywiście także o to, czy jest feministką. I ona wzruszyła na takie pytanie ramionami: - No, jestem - powiedziała - jak każdy rozsądny człowiek" (Kinga Dunin, "radykalna feministka", osoba, która - jak twierdzi Magdalena Środa - posiada doskonałe zdolności lewitujące).

Czytam książkę Magdaleny Środy "Kobiety i władza" (wab, Warszawa 2009).

To książka, od której naprawdę trudno się oderwać. To jest książka magnetyczna. Przede wszystkim świetnie napisana, precyzyjna, ostra, dowcipna, mądra. Zbiór tekstów, który nie ma charakteru filozoficznego, czy genderowego, choć posługuje się i filozofią i w postrzeganiu świata przyjmuje perspektywę genderową. Nie wychodzi poza drugą falę feminizmu, jest wynikiem chęci popularyzowania idei feministycznych, równościowych, problematyki kobiecej, skierowany nie tyle do kobiet ze świata akademickiego, tych ze studiów nad tożsamością płci, ile do kobiet, do różnych kobiet po prostu. Odsłaniający absurdy dnia codziennego, tłumaczący ich pochodzenie. Po lekturze chciałoby się coś zrobić, coś zmienić, wskoczyć na barykadę, podpisać petycję, złapać za głowę, rzucić się w jakiś wir, coś poprzeć, z czymś się nie zgodzić, mieć wpływ. Taka jest siła tego pisania. Dobry wstęp do lektury kolejnych książek na temat „kobiecości”, nie tylko Magdaleny Środy.

Pisze Magdalena Środa we Wstępie:

Powinnam zatytułować ten zbiór tekstów Moje słuszne feministyczne poglądy na wszystko, ale to by brzmiało podobnie jak tytuł książki Leszka Kołakowskiego, więc swojej dałam tytuł skromniejszy: Kobiety i władza. Nie chodzi rzecz jasna o konkretną władzę, lecz o władzę w jej szerokim, kulturowym i politycznym rozumieniu. Płeć, czyli kobiecość, ale także męskość (i wszystko to, co pomiędzy), to kategorie i relacje władzy. Jej wpływ uwidacznia się już przed narodzinami: oczekuje się nas na świecie jako dziewczynki lub chłopców i natychmiast wywiera presję (miłość rodzicielska też jest rodzajem władzy), byśmy spełniali określone, sztywno wyznaczone role. I nie kwestionowali ich. Istnieje więc władza rodziców, rówieśników, władza pastoralna, władza kleru, władza opinii, mediów, władza polityczna, władza boska, władza Prawdy i Natury. Wszyscy jesteśmy wplątani w rozbudowane sieci władzy zarówno faktycznej, jak i symbolicznej. Z władzą wiąże się przemoc, ale również wolność. Zrozumieć źródła i formy przemocy to postawić poważny krok na drodze ku wolności”.





książka na stronie wab-u (patrz: recenzje) >>

do kupienia >>



poniedziałek, 29 czerwca 2009
papieżyca

Ostatnio czułam się jak w Vardø podczas zimy polarnej (opowieść Vetle Lid Larssena bardzo mi się spodobała), już miałam odwoływać moje uwielbienie dla deszczu. Zgodnie z zachciankami – pogrążyłam się w nim, sięgnęłam dna, choć kaszubska pogoda naprawdę w niczym nie przypominała pogody podhalańskiej, czy dolnośląskiej. Deszczyk kapuśniaczek, trochę wiatru, trochę mgły, powoli wychodzącej z lasu jak w horrorach, więcej nic. Uciążliwość polegała może tylko na monotonii. Za to można było bez wyrzutów sumienia cały dzień utrzymywać palący się w kominku ogień, spoglądać na niego, grzać się ciepłem. Jednocześnie kocim zwyczajem tęskniąc już za słońcem, czytałam gazety w poszukiwaniu dobrych wiadomości, także na temat pogody.

Do głębi poruszył mnie tekst Marii Janion z ostatniej świątecznej GW, wygłoszony podczas inauguracji Kongresu Kobiet (20-21 czerwca 2009) - „Solidarność wielki zbiorowy obowiązek kobiet”. Dreszczem przejmuje zachwycająca klarowność myśli kobiety, która ma status członkini starszyzny, jeżeli jakaś nieformalna starszyzna jeszcze gdzieś istnieje. Wiele różnych doświadczeń życiowych i intelektualnych sprawiło, że patrzy na rzeczywistość z zupełnie innego niż reszta miejsca. Od lat pisze o fantazmatach, które wrośnięte w nas głęboko, stały się niewidoczne, a jednocześnie kierują naszymi myślami, wyborami, życiem. Ujmujące jest to wezwanie do solidarności kobiecej i bardzo trudne w realizacji, złożone tak, jak złożona, niejednorodna jest kobieca gromada.

Na świecie dojrzewanie kobiecej świadomości zostało przecież rozłożone na lata, przychodziło falami, każda fala miała inną barwę, intensywność, cele, każda korzystała z doświadczeń poprzedniej. A my stoimy z tym całym teoretycznym bogactwem w głowach. Obciążone naszymi narodowymi fantazmatami, własnymi pragnieniami, tuż obok babć i matek, które w naszych oczach stają się ofiarami. Jeżeli odmówimy statusu poświęcającej się dla dobra rodziny, w zgodzie z religijnymi zasadami i prawem moralnym samoofiarującej się matki Polki, my z naszymi emancypacyjnymi dążeniami, które często przyjmują formę rozgrzanej buntem, rozemocjonowanej negacji, trafiamy na margines, trafiamy do przegródki „mniejszość” albo „wykluczone”. I z tej pozycji bardzo trudno porozumieć się z tymi, które - świadomie czy nie - wybierają inną drogę.


Maria Janion w swoim tekście pisze m.in.:

„Wierzyłam, że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji kobiet. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że w wolnej Polsce kobieta miała być "istotą rodzinną", która zamiast polityką powinna zajmować się domem. Trochę zatem czasu upłynęło, zanim pojęłam, że demokracja w Polsce jest rodzaju męskiego.
Ocuciła mnie uchwała o ochronie życia poczętego przyjęta w ostatniej chwili podczas krajowego zjazdu "Solidarności" w roku 1990. Zapadła wbrew stanowisku ogromnej większości obecnych na zjeździe działaczek związkowych; co prawda stanowiły one tylko 10 proc. ogółu delegatów. Krajowa Komisja Kobiet NSZZ "Solidarność", która ukonstytuowała się mniej więcej w okresie zjazdu, w liście otwartym skrytykowała projekt zakazu aborcji, jej zdaniem świadczący o tym, że choć polityka jest dziedziną, która powinna służyć wszystkim, została ona zmonopolizowana przez mężczyzn i w dalszym ciągu jest traktowana jako narzędzie dominacji. W liście wzywano do utworzenia niezależnego ruchu kobiet. Na represje nie trzeba było długo czekać: przewodnicząca komisji została zmuszona do ustąpienia, jej zastępczynię pozbawiono etatu. Niektórzy działacze, ci sami, którzy wybrali komisję, uznali, że ma ona "nielegalny charakter''.

Wiele kobiet zrozumiało wtedy, że pierwszy ruch nowej władzy polega na przywróceniu społecznego i religijnego porządku płci. (...)

Feminizm, tak jak ja go widzę, to próba zrozumienia mechanizmów, które podtrzymują nierówny układ sił. Jest to zarazem droga powrotu do źródeł twórczości kobiet. Nie chodzi o to, by odciąć się od dorobku kultury ogólnoludzkiej, lecz o to, by znaleźć język dla kobiecych doświadczeń i przywrócić ich sens wspólnej kulturze. Ja sama w coraz większym stopniu uświadamiałam sobie kobiecą barwę tego, co robię; dostrzegłam, jak ważny był zawsze dla mnie łańcuch kobiecych pokoleń zdobywających wiedzę.

Zainteresowałam się filozofią różnicy płci. Próba nowego, otwartego i uniwersalnego zdefiniowania podmiotowości nie prowadzi przez udawanie, że płeć nie ma znaczenia. Przeciwnie. Od 30 lat nauki społeczne i humanistyka zajmują się badaniem kulturowo definiowanej tożsamości płci. W Polsce jednak perspektywa taka napotyka na trudności, ciągle musi się bronić przed oskarżeniami o "modę" i "ideologię". Trudno.

Z perspektywy kulturowych mniejszości, takich jak kobiety, Żydzi i wszyscy nie-katolicy, a także mniejszości seksualne, można zastanowić się nad pojęciem kanonu narodowego i jego trwaniem w świecie XXI wieku. Kanon narodowy w Polsce jest traktowany jako coś nienaruszalnego, niezmiennego. O pojmowaniu ducha narodu faktycznie ma decydować Kościół katolicki oraz tradycja akowska. Rzadko zastanawiamy się nad tym, na ile kultura narodowa może odgrywać rolę emancypacyjną.

Sytuacja jest wszakże trudna. Spojrzenie z perspektywy feministycznej odsłoni wybitnie męski charakter naszej kultury. W jej obrazie na plan pierwszy wysuwają się społeczne związki między mężczyznami, więzi braterstwa i przyjaźni. (...)

Od paru wieków tworzy się obraz ciągu pokoleń przekazujących sobie ideał walczącej męskiej wspólnoty - aż do współczesnej "Solidarności". Dominuje tu patriotyzm wynoszący ponad wszystko braterstwo wytwarzane i podtrzymywane podczas zbiorowych działań. Tworzone są heroiczne narracje o wspólnych bojach. Wszystko pod ciągle ponawiającym się wezwaniem i hasłem: Bóg, Honor, Ojczyzna. Niepodobna nie docenić znaczenia form męskiej wspólnoty dla kształtowania się nowożytnego pojęcia narodu, którego podstawę nieraz określano jako żarliwe braterstwo. Nowoczesne pojęcie narodu oraz powstający wraz z nim nacjonalizm łączyły się ze stereotypem męskości, mitologią męskiej wspólnoty.
W tym narodowym dramacie jedyna przewidziana dla kobiety rola to rola matki. Dla wszystkich tego rodzaju męskich wspólnot typowy jest szczególny stosunek do matki. Następuje jej totalne uświęcenie. Według badaczy kultury matka to "figura idealnej kobiecości, która zabezpiecza męskie związki i męską historię". W świecie kanonu narodowego istnieje tylko jeden model seksualności - jednoznacznie heteroseksualny i nastawiony na rozrodczość. Konieczna jest do tego kobieta matka. Ona właśnie staje się gwarantką narodowej wspólnoty heteroseksualnej, "jej przyzwoitości i poprawności obyczajowo-politycznej". Matka panów braci to matka Polka i matka Ojczyzna. Panująca polska "narracja publiczna" patronką narodu polskiego czyni najbardziej idealną z matek - Matkę Boską. Za pomocą kulturowego uwznioślenia matki i macierzyństwa maskulinistyczna kultura polska zapewniła sobie patriotyczny konsensus.

Matka Polka, której najwyższym symbolicznym uosobieniem jest figura Polonii, w konieczny sposób została wyposażona w status ofiary. Jest to dziedzictwo mesjanizmu. Silna w polskim romantyzmie i odznaczająca się wielką trwałością topika mesjanistyczna posuwała się do porównywania, a nawet utożsamiania cierpień Polski pod zaborami z cierpieniami Chrystusa. (...)

Samoofiarowanie kobiet lokuje się w centrum nowożytnej mitologii polskiej. Matka Polka ma być przede wszystkim bezgraniczną ofiarnicą. Ma się ofiarowywać za rodzinę, za naród, za ojczyznę. Ciążenie stereotypu romantycznego jest przemożne, mimo jego pożegnań w kolejnych pokoleniach wciąż nieśmiertelną parę polskiej wyobraźni stanowią powstaniec i matka Polka.

Kiedy uświadamiamy sobie wspólnotowy charakter męskich społecznych wzorów i ofiarniczy charakter wzoru kobiecego, zaczynamy rozumieć, że kobiety w Polsce nigdy nie uzyskają wpływu na stanowienie prawa, na formowanie symboli i w ogóle na sferę publiczną, jeśli nie zaczną tworzyć własnych wspólnotowych więzi. W tym sensie kobieca solidarność - wciąż obśmiewana i demaskowana jako fikcja - rzeczywiście jest naszym wspólnym, zbiorowym obowiązkiem.
W roku 1981 podczas Kongresu Kultury Polskiej przerwanego przez ogłoszenie stanu wojennego wygłosiłam referat o kulturze pierwszej "Solidarności". Zdanie podsumowujące moje wywody brzmiało: ogromny ruch emocjonalny musi być teraz przekształcony w ruch intelektualny. I, co zadziwiające, to właśnie ostatnie zdanie - nie wiem z jakich powodów - nie zostało wydrukowane w podziemnym wydawnictwie zawierającym materiały z kongresu. Postulat od tamtego czasu się nie zmienił, chociaż emocje wytraciły swoje szlachetne uniesienie. Wzniosłe pojednanie dawno się skończyło, a ruch intelektualny wciąż nie może się zacząć. (...)

Z punktu widzenia historii polskiego życia duchowego najważniejszym wydarzeniem ostatniego okresu była śmierć Jana Pawła II. Jak pisali socjologowie, „papież stał się ikoną i gwarantem tożsamości Polaków i dopóki żył, tożsamość ta mogła manifestować się jedynie poprzez religijne rytuały”. W ten sposób utwierdzało się mesjanistyczne utożsamienie polskości z religią. „Ograniczenie narodowej sceny publicznej do religijnych rytuałów sprzyjało rozwojowi idei narodu jednoczącej Polaków wokół »moralnej słuszności«, a nie publicznie negocjowanych interesów”. Dziś konieczne jest tworzenie nowych, świeckich wspólnot, z których najbardziej liczną, choć zapewne niejednorodną powinna być wspólnota kobiet, zdolna do przezwyciężenia wpływu religii na prawo, system ochrony zdrowia, naukę i edukację. Konieczne jest przedefiniowanie wspólnotowych symboli, ruch intelektualny na rzecz pogłębienia rozumienia polskiej tożsamości.
Transformacja ustrojowa, która z jednej strony jest naszą chlubą, z drugiej zaś staje nam nieraz kością w gardle, nie może się w pełni dokonać bez emancypacji wykluczonych tożsamości i bez rzeczywistego zróżnicowania sceny politycznej. Niewątpliwie potrzebna jest nam nowoczesna polityka równouprawnienia płci i parytety jako jej narzędzie. Ale dopełnieniem transformacji ustrojowej musi być także transformacja symboliczna. Ten kulturowy wysiłek wciąż mamy przed sobą”.


Cały tekst >>



niedziela, 12 kwietnia 2009
rzeźnik i jego świnki


Fajny wywiad Dariusza Zaborka z Katarzyną Lengren "Córka ojca Filutka" w ostatnich Wysokich Obcasach. O rodzinnym domu, o ojcu, o życiu, takie tam historie. Najbardziej chyba poruszające fragmenty dotyczyły słynnego "przedwojennego szowinizmu" ojca, przejętego potem przez brata KL. Na pytanie, co najbardziej przeszkadzało w stosunkach ojca z córką, odpowiada: "Szowinizm przedwojenny. Uwielbiał kobiety, ale jak powiedziała moja córka: 'On tak lubi kobiety jak rzeźnik swoje świnki'. Całe życie zajmował się kobietami nałogowo, pięknie je rysował, robił cudne fotografie kobiecych twarzy. Ale ich nie znał i nie szanował. Był z rozwiedzionego małżeństwa, a jego matka była silną osobowością. Zamroził sobie uczuciowość i niektóre poglądy sprzed wojny mu się sprawdzały.
- Jakie?
- Na przykład w latach 60. Jacqueline Kennedy w różowym kapeluszu, pomagająca Kennedy'emu w karierze, otoczona dzieciątkami, była tym, czego ojciec spodziewał się od kobiet.
(...)
On zawsze mówił 'Baba! Baba to zrobiła'. Zakładał, że kobiety są głupie. Zresztą uroczo tę głupotę pokazywał w swoich rysunkach, to nie było jadowite, on to lubił.
(...)
Braku szacunku do kobiet uczył mojego brata. Siedzieli przed telewizorem i mówili: 'O, jaka gruba! Patrz, jak się ubrała. A jakie ma nogi'. Nie myśleli, że tego słucham. I ta dwoistość, że są szarmanccy i panie całują w rękę, i mówią komplement, a potem powiedzą: 'Gruba baba', spowodowała, że do facetów nie mam zaufania.
- Ale chyba nie całkiem?
- Mężczyźni już się bardzo zmienili, ale nadal sobie uzurpują, że wybierają kobiety ze stada. I przez to mogą mówić: 'Ta jest gruba, ta jest za stara, o - tę biorę'. Cały czas robią selekcję.
(...)
- Co pani czuła, kiedy ojciec z bratem mówili takie teksty?
- Do dzisiaj jestem urażona. Słuchałam i we mnie zapadało. To był rodzaj arabskiego domu - kobiety podają do stołu. Mężczyźni siedzą i mówią: 'Sól!'. My sobie wyobrażamy, że Arab bije żonę. On może być miły, tylko mówi: 'Sól!', i nie wolno jej wychodzić na podwórko. U nas też tak było - dwóch dowcipnych i przystojnych facetów siedziało przy stole i rozkazywało, a my z matką biegałyśmy do kuchni i z powrotem. Ich życzenie było naszą przyjemnością.
(...)
Mężczyźni z pokolenia mojego ojca myśleli, że kochają kobiety. Wielbili je w rozwidleniu: Matka Boska i kobieta lekkich obyczajów, z czego mój ojciec jeszcze lubił artystki, kobiety lżejsze, że tak powiem. Na starość zachwycał się sąsiadką i mówię: 'To zaproś ją do domu albo do restauracji'. Wybałuszył oczy: 'Ale po co?'.
- Nie rozumiał, że z kobietą można się przyjaźnić?
- Kobieta była do pracy i do łóżka. Czyli kobiety się nie szanuje. Szanuje się swojego przyjaciela lub kogoś o tych samych poglądach. I brat dużo z tego przejął. Nie był odpowiedzialny w stosunku do kobiet. Mówił, że je uwielbia i nie może bez nich żyć, ale nie powodował, że kobietom żyło się lepiej, tylko gorzej. Jeżeli kobieta się nim opiekowała - było dobrze. Jeżeli nie - konstrukcja padała.
(...)
- Narzeczeni się pojawiają?
- Ostatni dwa i pół roku temu. Dziwny, ale przystojny i mnie zakręciło. Był interesujący, bo nienormalny (śmiech).
- Ciągnie do takich?
- Zdecydowanie. Przysięgałam, że nie wezmę faceta podobnego do mojego ojca, a ten oczywiście był totalnym egocentrykiem. Że ja, która to znam i tego nie lubię, w to wchodzę? Że to mnie nie odrzuca? Bo to melodia, którą nucę: 'Ten facet jest interesujący'. Dlaczego? Bo jest egocentrykiem.
(...)
Ostatni narzeczony był okropny. Raz na kolację podałam kawior, a on: 'O, kawior!'. Mówię: 'Bo sprzedałam obraz'. A on nakłada kawior i mówi: 'A gdzie znajdujesz tych frajerów na swoje obrazy?'. A ja: 'Tam gdzie ty - bo on architekt - znajdujesz tych, którzy u ciebie zamawiają projekty'. I oczywiście kolacja zwarzona i już nikt nie umiał z tego wyjść.
(...)
Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają, dlatego internet święci triumfy. Pisze się listy i okazuje się, czy to żaba, czy królewicz. I nie trzeba się perfumować i przebierać. I ja się wezmę za kontakty internetowe. Dawniej szło się na dancing. Teraz na ulicy nikt nie umie się zahaczyć. Pamiętam świetny podryw. Facet podszedł: 'Czy pani dobrze zna to miasto?'. A ja: 'Mieszkam tu prawie od urodzenia'. A on: 'Moglibyśmy porozmawiać o ładnych zakątkach' (śmiech). Tak mnie ujął, że poszliśmy na spacer. To ostatni, który umiał zaczepić. Ale spodobaliśmy się sobie tylko do gadania".          


cały wywiad tu: >>

Pani Katarzyno, to zadziwiające, jak bardzo nic się nie zmienia, bo ja znam takich mężczyzn jak pani ojciec i to wcale nie z jego pokolenia, ale mojego własnego. Tak, tak, wypisz wymaluj. Artyści. Nieco ekscentryczni i tajemniczy egocentrycy. Robią kobiecym twarzom piękne portrety. Całują kobiety w rękę, dają im kwiaty. Uwielbiają je. Marzą o powrocie w piękne lata dwudzieste, trzydzieste, Duchamp, Man Ray to ich idole. Są czarujący, tworzą atmosferę. Ze stada wybiorą zawsze najmłodsze egzemplarze, takie w stylu Liv Tyler z "Ukrytych pragnień". Innym pozwolą dla siebie pracować. Oczywiście za darmo. Jedne i drugie będą obgadywać, siedząc na skórzanych kanapach w gronie wiernych przyjaciół. Zamrożona uczuciowość, rozwody, okropnie zdradzony, cierpiący król ból. Nie potrafią rozmawiać - albo godzinami opowiadają o swoich nowych projektach, ewentualnie o złej byłej żonie, która po rozstaniu z nimi wyjątkowo zbrzydła, albo zadają pytania jak w wojsku i oczekują konkretnych odpowiedzi. Widziałaś to, widziałaś tamto, widziałaś siamto? Nie? Co z ciebie za filmoznawczyni, skoro w ogóle nie chodzisz do kina. No to trzeba cię tam zabrać. Król-Bul* pozwoli się w kinie zabawić moim towarzystwem. Mogę też zrobić sałatkę na jego urodzinową imprezę. Mogę napisać dla niego setkę świetnych tekstów o tych jego fantastycznych fotografiach, najszybciej jak potrafię, a na boże narodzenie - pierniczki, choć te ostatnie były za słodkie. Zostawi mnie w środku lasu przy ognisku z nie wiadomo kim, bo zabrakło miejsca w samochodzie, a kumpli trzeba odwieść po nocy do domu. Mam mu podarować swoją ulubioną płytę, a on mi na urodziny wręczy stary słownik, wydany w NRD, no po prostu biały kruk. Jego przyjaciele będą mnie nazywać "naszą perłą" i zdziwią się szalenie, kiedy przestanę ich odwiedzać w pokoiku ze skórzanymi kanapami. 

*Król-Bul - postać z musicalu dla dzieci, napisanego przez Katarzynę Lengren 30 lat temu, historia władcy złoszczącego się na poddanych z powodu bólu zęba, poddani próbują ulżyć jego cierpieniu, żeby przywrócić upragniony spokój, jego pierwowzorem był Zbigniew Lengren